Wspominałem kiedyś, jak nużące bywa całodzienne podpisywanie dokumentów,
od których nie zależą losy świata? To wiedzcie, że wizytę w pałacyku Starszyzny
uważałem za coś jeszcze gorszego. Gdybym mógł to zamienić na, chociażby,
przeglądanie podań i próśb o przyznawanie miejsc w jednym z dwóch przedszkoli
publicznych, które w zeszłym roku udało nam się otworzyć w centrum wioski,
wykonywałbym to zadanie z największą rozkoszą. Starszyzna była gorsza niż
papiery, nawet te najgłupsze, które lądowały czasem na moim biurku. Gdyby nie
nieobecność Koharu na większej – i tej zdecydowanie gorszej – części zebrania,
zapewne byłbym już wrakiem. Wrakiem trupa.
Dochodziła godzina szesnasta. Shikamaru machnął ręką, pozwalając mi do
końca dnia zrobić sobie wolne, a ja ochoczo z tego skorzystałem.
Przespacerowałem się raz jeszcze po zniszczonych w pożarze polach treningowych,
a potem odwiedziłem park, który latem przyciągał wielu mieszkańców na pikniki,
ciesząc ich chłodem dającym przez bogato zazielenione korony drzew, a który teraz
składał się na zgliszcza i ziemię spaloną do cna.
Gdybym wiedział, wziąłbym konewkę i zaczął nawadniać to miejsce, w
nadziei, że jeszcze kiedyś coś tu wyrośnie.
Jednak zamiast ratować roślinność, zdecydowałem się ratować coś innego.
Korzystając z tego, że nie było jeszcze całkiem ciemno, obrałem nieco
dłuższą drogę. Chciałbym rzec, że podziwiałem w świetle zachodzącego słońca
każdy zakątek wioski, która niewątpliwie była moim domem, ale gęste chmury mi
to uniemożliwiły. Mimo to aura, która unosiła się w powietrzu, nie była już tak
mroczna, jak wydawała mi się jeszcze wczoraj. Chyba miałem jeden z tych
momentów, kiedy wierzyłem, że jeszcze wszystko będzie dobrze. Optymizm chwilowo
wyszedł na prowadzenie, spychając gdzieś w głąb mojego umysły świadomość, że
rzeczywistość jest zgoła inna, niż sobie wymarzyłem. Ciemniejsza, duszniejsza i
zdecydowanie mocniej zalatująca dymem.
Na duchu podniosły mnie również zapachy. Bo choć do wiosny było jeszcze
daleko, a powietrze zdawało się zimne i surowe, to właśnie przechodziłem koło
Ichiraku. Pan Teuchi był w swoim żywiole, co – jeśli nie po liczbie
zadowolonych klientów – dało się wyczuć, chociażby, po aromacie bulionu, który
roztaczał się nad okolicą. Mój brzuch zaburczał w odpowiedzi, wyrażając swoją
dezaprobatę.
Mógłbym napełnić go szczęściem, ale miałem nieco inny plan.
Do raju nie musiałem w końcu wkraczać samemu. Największą radość sprawiało
wspólne cieszenie się posiłkiem i podziwianie świateł, które w bajeczny sposób
przyozdabiały lokal. Niemal zapomniałem, jak o tej porze dnia to miejsce
wspaniale wyglądało, bo kiedy wpadałem tuż przed zamknięciem, większa część
kolorowych żarówek już się nie paliła.
Musiałem zdążyć.
Wiatr we włosach, zapach bulionu w nozdrzach i nogi poniosły mnie same. Z
początku truchtem, by w końcu szybciej i szybciej, zanieść mnie pod bramę domu
dziecka. Nie był czwartek, a zaledwie wtorek, ale nie miało to już znaczenia.
Noriaki przestał istnieć. Poskładałem go do kupy i pozwoliłem mu połączyć się z
tą częścią mnie, którą ukrywałem w sercu od dawna. Efektem mojej pracy był
Naruto. Uzumaki Naruto.
– Och, wielmożny Hokage!
Pani Mikoto podskoczyła na mój widok, a potem zgięła się niemal wpół, w
stosownym ukłonie. Przynajmniej jej zdaniem, bo ja wolałem, kiedy traktowała
mnie jak zwykłego, szarego człowieka z ulicy.
– Dzień dobry! – Żeby nieco ośmielić tę kobietę, uśmiechnąłem się do niej
najcieplej, jak umiałem. A umiałem! – Mogę się zobaczyć z Taichim?
– On…
– Jest u siebie?
Pani Mikoto przytuliła ręce na piersi i nieśmiało skinęła głową. Nie
rozumiałem, czemu niektórzy ludzie tak na mnie reagowali. Zupełnie, jakbym był
jakimś bogiem, przed którym powinni się kłaniać. Robiłem dla nich, ile tylko
mogłem, starałem się być dostępny, jeśli tego potrzebowali i… ludzki. Może to
ich tak onieśmielało?
Kiedy wpadłem do pokoju, Taichi już na mnie czekał. To było dosyć dziwne,
mieć wrażenie, że ktoś inny wiedział o twoich planach jeszcze przed tobą.
Zwłaszcza że był to dopiero dzieciak.
Taichi poprawił czapkę, opadająca mu jak zwykle na oczy i szczelnie
owinął się szalikiem. Buty już miał, kurtkę również.
– Długo tak stoisz?
Wolałem nie pytać, dlaczego w ogóle to robi. Wymyśliłem sobie to
spotkanie piętnaście minut temu. Wpadłem tu nagle, a on nawet nie był
zdziwiony. Nie wyglądał też na obrażonego ani zdystansowanego, czego się
spodziewałem. Po prostu przyglądał mi się bez słowa. Oczekiwał.
– No to… chodźmy? – zaproponowałem.
Skinął głową. Wyszliśmy.
Kiedy się biegnie, skacze, podąża z wiatrem lub przeciw niemu, dotarcie
do Ichiraku nie trwa długo. Spacerowanie z kilkulatkiem zajmuje znacznie więcej
czasu. Kiedy dotarliśmy na miejsce, część tych świecących się bajecznie
żarówek, była już przygaszona. O tej porze lokal nie wyglądał na restaurację
serwującą najlepszy ramen w Konoha, prędzej bar, w którym można było nie tylko
dobrze zjeść, ale i się napić.
Taichi był nieswój. Zamyślony, trochę nieprzytomny. Nie dawał się
wciągnąć w rozmowę, odpowiadał półsłówkami. I nie mogłem go za to winić, bo
zachowywał się w ten sposób właśnie z mojej winy.
Złożyliśmy zamówienie, a potem każdy zajął się swoją miską. Trudna
rozmowa nie odebrała mi apetytu. Całe szczęście. Taichi jednak nie wydawał się
tak głodny, jak ja. Kiedy skończyłem, przysunął w moją stronę na wpół zjedzoną
porcję.
– Pogadamy?
Wzruszył ramionami, przyglądając mi się nagląco. Jakby jego decyzja miała
zależeć od tego, co zaraz powiem. Ciekawe, czy ustalił mi jakiś limit słów? Być
może to pięć pierwszych będzie miało kluczowe znaczenie. Jeśli najważniejsze z
nich pojawi się jako szóste, to cóż, trudno. Ta myśl była nieco abstrakcyjna,
ale nieświadomie zacząłem liczyć słowa w głowie.
– Bałem się, ale nigdy cię nie opuściłem.
Siedem. O dwa za dużo.
– Mówisz o panu Noriakim, wujku?
Prawie zakrztusiłem się bulionem, który akurat przełykałem. Spojrzałem na
chłopca z załzawionymi, wytrzeszczonymi w zdziwieniu oczyma.
– Domyśliłeś się?
– Przeczytałem. Było w liście.
Cholera! Ile ten Uchiha jeszcze mu tam napisał? Myślałem, że ograniczył
się do wysłania dzieciaka w miejsce, w którym najprawdopodobniej mnie zastanie,
nie że zdradził mu od razu wszystkie moje sekrety! No proszę, kto by pomyślał,
że taki z niego rozgadany facet. I co on tam jeszcze mu napisał? Może coś w
stylu: kiedy pan kocha pana…
– Taichi, ja… – westchnąłem. Nie byłem jednak przygotowany na tę rozmowę.
– Sam powinienem ci to wszystko wyjaśnić.
Nie odpowiedział. Bo co mógłby rzec na taką oczywistość? Patrzył na mnie
z wyczekiwaniem, najwyraźniej spodziewając się, że w końcu powiem coś, o czym
nie wiedział, a co mogłoby odmienić losy tej katastrofalnej pogawędki.
Na to się jednak nie zanosiło.
Ta rozmowa była trudniejsza, niż podejrzewałem. Kiedy z biegiem czasu
człowiek uświadamia sobie, jak wielki popełnił błąd, a jak głupie były jego
motywacje, milczy. Z wyjątkiem: jestem
tchórzem, nic nie przychodziło mi do głowy. A bardzo nie chciałem się znowu
powtarzać. To, co uważałem rok temu za dobrą decyzję, było głupie jak dowcipy,
które wywijałem w Akademii.
Tylko wtedy byłem jeszcze dzieckiem.
– Zdradzisz mi, co jeszcze było w tym liście?
Wzruszył ramionami, nie spuszczając ze mnie wzroku. W tym świetle jego
oczy były całkiem czarne, a ciemne tęczówki zlewały się ze źrenicami. Oczy
Sasuke też przybierały taki wyraz, kiedy był wściekły, czy pochłonięty walką.
Zawsze, kiedy wpadał w szał, nie potrafiłem dostrzec jego źrenic, a jego oczy
przypominały dwie czarne dziury, w których mogłem się utopić. Jak u bezmyślnego
zwierzęcia, tyle że Sasuke myślał. Chyba. Kiedy był zły, nie wychodziło mu to
zbyt dobrze.
Ale czasem jego oczy jaśniały. Nie wiem, ile osób zdawało sobie z tego
sprawę, ale jeśli przyjrzało im się z bliska, nie były takie zupełnie czarne.
Mocny, bardzo mocny granat. Może wiedziałem tylko ja? Czy ktokolwiek inny miał
powód, by patrzeć mu w oczy? Ludzie go unikali, a zauroczone nim kobiety
zwracały uwagę na wszystko i na nic. Jest Uchiha, Uchihy nie ma. Kogo
obchodziły jakieś szczegóły, skoro całokształt prezentował się tak smakowicie?
Po co znać kogoś na wylot, skoro można dostrzegać tylko dobre jego strony?
Chyba właśnie dlatego Sasuke tak mocno gardził całym tym środowiskiem. Kiedyś tak
wielu dostrzegało w nim bóstwo, nie człowieka, którym był.
Uśmiechnąłem się smutno, uświadamiając sobie, że nawet w sytuacji takiej
jak ta, zbyt wiele miejsca w moich myślach poświęcam Sasuke. Może nie warzyły
się właśnie losy świata, lecz syna Sakury, który i dla mnie zawsze był jak
rodzina.
– Pozwól mi to naprawić. Kiedy to się skończy, kiedy rozwiążę bieżące
sprawy, chciałbym… – Przełknąłem ślinę. Naprawdę właśnie tego chciałem?
Powinienem najpierw to przemyśleć, a dopiero potem oznajmiać głośno. –
Chciałbym, żebyś ze mną zamieszkał. Kilka razy u mnie nocowałeś, pamiętasz?
Graliśmy w gry planszowe! Gdybyś chciał… no wiesz, to moglibyśmy… Może, hehe,
trochę zapracowany jestem, bo fucha Hokage, to jednak nie byle co, ale
starałbym się, wiesz? Chciałbym być w twoim życiu, matki ci nie zastąpię, ale
może takiego nierozgarniętego wujka jak dotychczas? Co ty na to?
Dłonie pociły mi się jak cholera. Czułem się, jakbym się co najmniej
komuś oświadczał. Na przykład Sasuke. Chociaż to, co mówiłem mu w ostatnich
dniach przed zniknięciem, niewiele się od oświadczyn różniło.
Taichi patrzył na mnie z taką grobową miną, że przez chwilę nawet się
zastanawiałem, czy coś mu się nie stało. Usłyszawszy mój wzruszający wywód, doznał zawału albo licho wie. Na szczęście w porę zamrugał, odpędzając moje
zmartwienia.
No dobra, tak naprawdę zdziałał to uroczy, dziecięcy uśmiech, którym mnie
obdarzył.
– To znaczy tak? Tak po prostu?
Skinął głową. Łał. Udobruchanie dziecka jest naprawdę takie łatwe? Bo
mnie to by chyba nikt tak łatwo nie kupił.
– Ten pan nie kłamał, naprawdę był twoim przyjacielem?
Zamarłem.
– Jaki pan? Ten od listu?
Dzieciak pokiwał energicznie głową. Nie wiem, czemu, ale teraz jego
radość powodowała, że ścisnął mi się żołądek. I pożałowałem, że w ogóle jadłem.
Miałem bardzo, naprawdę bardzo złe przeczucia.
– Taichi, co dokładnie było w tym liście. Powiesz mi?
– Niewiele. – Wzruszył ramionami. – O tym, że wujek Noriaki nie istnieje
i gdzie, i kiedy powinienem cię szukać, wujku. Chyba tylko tyle.
– To… dlaczego uważasz, że autor listu był… to znaczy wciąż jest, bo
nigdy nie przestałem tak uważać, moim przyjacielem?
– Słyszałem, jak pani Mikoto o tym mówiła. Powiedziała panu Toburo, że to
twój bliski przyjaciel, wujku, podpalił te wszystkie piękne drzewa. To
nieprawda?
Odetchnąłem. Taka panika, a Taichi po prostu świetnie kojarzył fakty. Był
błyskotliwy i spostrzegawczy jak na chłopaka w swoim wieku. Aż szkoda, że nie chciał
zostać shinobi. Konoha dużo by na tym zyskała.
– To prawda.
– Nikomu nic się nie stało?
Pokręciłem głową.
– Wszyscy mają się znakomicie.
– To dobrze – odpowiedział, spuszczając wzrok na stół. Coś go wyraźnie
kłopotało. – Bo wiesz, wujku… ten pan mi to obiecał.
– Kto…? Cholera!
Nie wytrzymałem. Jednak przeczucie mnie nie myliło, coś było nie w
porządku. Jak to się stało, że rozmawiali? Po co Sasuke pisał list, skoro
zamierzał spotkać się z chłopcem osobiście? A może… może on jednak był jego…
Jego…
Spojrzałem na Taichiego, który speszył się, widząc mój napastliwy wzrok.
Te ciemne oczy, ciemne włosy, jasna cera. Gdyby jeszcze w jego źrenicach
błysnął szkarłat, zyskałbym pewność.
Usiłując wyglądać na zrelaksowanego, poprawiłem się na krześle i
uśmiechnąłem z wymuszeniem. Jeśli chciałem się czegoś dowiedzieć, nie mogłem
tak straszyć dzieciaka.
– Taichi, dlaczego właściwie ten pan się z tobą spotkał? Mówił ci coś…
niepokojącego? A może odniosłeś wrażenie, że… coś sprawdza? To cwana menda
jest, zastanów się, proszę. Może zrobił coś, co wydało ci się dziwne?
Chłopak spojrzał na mnie z oburzeniem, nadymając śmiesznie policzki.
– Ten pan nic mi nie zrobił! Nawet nie chciał ze mną rozmawiać, ale
przyłapałem go, kiedy podrzucał mi list i zagroziłem, że zacznę krzyczeć, jeśli
mi nie powie, kim jest.
Zamrugałem. Odważnie, cholera. Choć jeszcze bardziej niż zachowanie
chłopca, zdziwiła mnie reakcja Uchihy. Po nim to bym się spodziewał, że złapie
dzieciaka w genjutsu, ogłuszy albo coś. Jak go znam, to właśnie w taki sposób
by postąpił. Skoro było inaczej, to…
Może Taichi faktycznie jest jego…
Na samą myśl zrobiło mi się niedobrze. Absurd! Nie, nie!
– Powiedział, że nieważne, kim był i jest, ważne co musi zrobić i kim
będzie. Nie zrozumiałem, więc spytałem go o to. Odpowiedział, że ty lepiej mi
to wytłumaczysz. To mu powiedziałem, że ja ciebie, wujku, raczej już nie
obchodzę, a on na to…
– Obchodzisz – wypaliłem. – Zawsze obchodziłeś, Taichi.
Dzieciak przyglądał mi się przez chwilę nieufnie, po czym kontynuował:
– Odpowiedział, że wszystko, co powinienem o tobie wiedzieć, jest w tym
liście. Powiedział, że po nim wszystko zrozumiem. To ja wtedy spytałem, czy…
…jest twoim tatą…
– …czy przyszedł tu tylko dlatego i… powiedział coś takiego, że to dla
ciebie ważne, bo jego już nie ma.
– Co? Mógłbyś powtórzyć?
– No że…
– Zniknie z twojego życia raz na zawsze, więc ja powinienem się tobą
zająć, tak? – przerwałem mu. Czy Sasuke naprawdę włączył się jakiś instynkt
ojcowski? Na te ostatnie chwile… bo odchodzi…
– Nie. – Taichi zmarszczył brwi. – Prosił, żebym ja zaopiekował się tobą
zamiast niego.
– A – odparłem, machając dłonią od niechcenia. – Aha, tak jasne. Właśnie
to miałem na myśli.
Gówno prawda. I Uchiha też mógł mieć coś zupełnie innego.
– Powiedziałem mu, że ty, wujku, raczej tego nie chcesz, a on na to, że z
nas dwóch, wybierzesz mnie, nie jego.
– Tak powiedział?
Nie ukrywałem, że ta odpowiedź mnie zaskoczyła i… wcale mi się nie
spodobała. Dlaczego Sasuke próbował mieć mnie na wyłączność? Konkurował nawet z
małym dzieckiem! Cholera, co w niego wstąpiło? Przecież to był zupełnie inny…
typ relacji!
Więc skoro znowu dałem się ponieść, skoro on naprawdę nie był ojcem
Taichiego, to dlaczego zachowywał się w ten sposób? Dlaczego? Nie zrobił mu
krzywdy i cierpliwie odpowiadał na jego pytania, ponieważ wiedział, że dzieciak
jest dla mnie kimś ważnym?
– Tak. – Taichi przytaknął. – Powiedział, że może mi to udowodnić.
Oho, ale to już zabrzmiało co najmniej groźnie.
– Kazał mi spojrzeć sobie głęboko w oczy i powiedział, że zdradzi, dokąd
się wybiera i jeśli ty, wujku, w ciągu tygodnia nie zaproponujesz mi, bym z
tobą zamieszkał, mam ci o tym powiedzieć.
Zamarłem. Który to był już dzień? Ile minęło od tego przeklętego pożaru?
Co najmniej cztery, ale na pewno nie siedem. Nie siedem. Nie.
– Taichi! – Niezamierzenie podniosłem głos. – Posłuchaj mnie… to ważne!
Naprawdę bardzo, bardzo ważne. Wiem, że obiecałeś i w ogóle, ale musisz mi
powiedzieć, dokąd on polazł!
Chłopiec pokręcił głową.
– Nie musiałem mu niczego obiecywać.
– Świetnie! – Klasnąłem w dłonie. – Więc gdzie…
– Nie pamiętam – odparł, przypatrując mi się z niemym pytaniem. – Ja… nie
wiem, dlaczego, bo jeszcze rano wiedziałem, ale już…
Nie pamiętał. Przekląłem głośno i uderzyłem pięścią w blat, kiedy
wreszcie dotarło do mnie, w jaki sposób ten drań to rozegrał.
Przeklęty sharingan!
***
Kiedy wracałem do mieszkania, było już grubo po północy. Taichi swoim
zwyczajem zamęczył mnie, byśmy wrócili na czas do ośrodka, ale ze swojego
pokoju nie wyrzucił mnie już tak prędko. Graliśmy w karty, potem wypożyczyliśmy
od pani Mikoto starą planszówkę. Przegrywałem, notorycznie. A jednak pomimo
tego, że gdzieś z tyłu głowy dręczyła mnie myśl, że Sasuke wymsknął mi się na
dobre i już go nie uchwycę, humor całkiem mi dopisywał.
Dziwne to było uczucie. Widywałem tego dzieciaka raz w tygodniu już od
dawien dawna, a jednak dopiero teraz mogłem w pełni cieszyć się jego
towarzystwem. W końcu mogłem być sobą. Chwile, które spędziłem z nim jako pan
Noriaki, zupełnie się nie liczyły. On był kimś obcym, nawet jeśli był mną.
Może Sasuke miał rację?
Myślałem o tym przez pół wieczoru, śmiejąc się i dobrze się bawiąc
pierwszy raz od bardzo dawna. Może… faktycznie nie był niezastąpiony? Rzucając
kością, przesuwając kolejny pionek po zniszczonej planszy, wizja samotnego
życia pozbawionego Uchihy, nie wydawała mi się taka straszna. W pewnym momencie
powiedziałem sobie nawet w myślach, że umarł, a łzy wcale nie cisnęły mi się
jak głupie do oczu.
Szkoda tylko, że ta pewność, że dam sobie bez niego radę, minęła równie
prędko, jak się pojawiła.
Uliczki o tej porze były niemal puste. Co jakiś czas mijała mnie mniejsza
lub większa grupka mężczyzn, która wypiła tej nocy już zbyt dużo lub dopiero
zamierzała to zrobić. Pijackie śmiechy, radosne krzyki, zapach smażenia i
alkoholu. Czynnych o tej porze pubów było więcej, niżbym podejrzewał. Kilku
mniej wstawionych typków ukłoniło mi się, nawet w tak kiepskim świetle
rozpoznając we mnie Hokage, ale przez większość czasu cieszyłem się
anonimowością.
– Tobie to się chyba nie spieszy.
Podskoczyłem, słysząc pretensjonalny kobiecy głos.
Odwróciłem się i dostrzegłem Temari. I to nie byle jaką Temari, bo
wściekłą. Zaciskała palce na trzymanej w dłoni reklamówce z cukierni, jakby
chciała nią co najmniej rzucić. Coś mi mówiło, że we mnie.
– Cześć! Całodobowa? – Kiwnąłem głową na torbę. – Gdzie? Kurcze, przyda
się taka wiedza! Jakbym zgłodniał w nocy albo coś… A w ogóle, to przypadkiem
nie Shikamaru powinien ci biegać po zakupy? No wiesz… tak się utarło, że…
– Powinien – przerwała mi, mierząc groźnym spojrzeniem.
– Ach, no jasne, to dla niego zbyt kłopotliwe. On się chyba nigdy nie
wyleczy z tego lenistwa.
Uśmiechnąłem się do niej ciepło i puściłem oczko, ale jak grochem o
ścianę, moje starania spełzły na niczym.
– Kpisz sobie ze mnie, Uzumaki? – warknęła.
Nie wyglądało to dobrze. Nie znałem gorszego przeciwnika niż rozjuszona
kobieta. Co tam jakiś Sasuke, czy Madara, wszyscy Uchiha razem wzięci wymiękali
przy jednej wściekłej babie. Cholera, trzeba je było wszystkie poszczuć w
czasie wojny, to rozniosłyby wroga, zanim by się zorientował. No… tylko ten
status bohatera wojennego nie byłby wtedy mój...
– Hm, no, okej… a jak się czujesz?
– Żartujesz sobie?!
Podskoczyłem, kiedy poziom decybeli niebezpiecznie wzrósł. To był ten
moment, kiedy powinienem się wycofać.
Podrapałem się po karku i z głupkowatym uśmiechem przyklejonym do twarzy,
zrobiłem krok w tył. Potem kolejny i jeszcze jeden, i jeszcze…
Temari chwyciła mnie za bluzę i pociągnęła w swoją stronę.
– Przysięgam, że cię zamorduję, jeśli to nie okaże się czymś naprawdę
ważnym! Shikamaru jest twoją prawą ręką, ale my będziemy mieli dziecko, do
cholery! Pozwoliłam mu wyjść, nie skomentowałam tego ani słowem, ale ta twoja
błazenada zaczyna mnie męczyć i słowo daję, jeśli wciąż będziesz wzywał go do
siebie z byle duperelą, zrobisz sobie we mnie wroga!
– Wzywałem? – spytałem, ale widząc jej minę, szybko się z tego wycofałem.
– Ach, wzywałem! No jasne… To ja… pójdę już na to spotkanie?
Kiedy nic nie odpowiedziała, wycofałem się na bezpieczną odległość. Już
zamierzałem dać nogę, dziękując w myślach, że los uchronił mnie przed męczeniem
się z ciężarną kobietą, bo Sasuke w ciążę raczej nigdy nie zajdzie, ale coś
innego zwróciło moją uwagę. Zapaliła się żarówka, która nie przyniosła niczego
dobrego.
A nawet wiele złego. Nie jeden kiepski pomysł, a kilka. Czasem naprawdę
zadziwiało mnie, jak bardzo wymyślne intrygi był w stanie rozpracować mój mózg.
Szkoda tylko, że żadna z nich nigdy nie okazała się prawdą. Intrygi nie
istniały, a prawda była zawsze prosta. Nawet kiedy byłem święcie przekonany, że
zawiłością przypomina ludzkie DNA.
– Temari… jak on się ostatnio sprawuje?
Podejrzewałem, że za wtrącanie się w ich małżeńskie relacje, dostanę w
pysk, ale ku mojemu zdziwieniu, przyszła matka odpuściła i westchnęła ze
zrezygnowaniem. To zachowanie tak bardzo przypominało mi Shikamaru, że niemal
przyznałem głośno, jak bardzo było to upierdliwe.
– Gdybyś dał mu trochę wolnego, wszystko wyglądałoby inaczej.
– Dam, przysięgam, że dam, po prostu… bardzo go teraz potrzebuję.
– A on potrzebuje odpoczynku.
– Jest nieswój?
Miałem nadzieję, że to pytanie nie zabrzmiało podejrzanie. Chętnie
zadałbym ich więcej, ale wtedy zapewne musiałbym się tłumaczyć. Jej, później
jemu, kiedy dopadłby mnie z pretensjami. Bo, pamiętaj, Uzumaki, cholero jedna,
twoje dzikie podejrzenia nigdy się nie sprawdzają.
– Co chcesz usłyszeć? Jest poirytowany, ostatnio mnie unika, a przecież
nigdy się nie kłóciliśmy… Jest przemęczony.
– Tak, masz rację – odpowiedziałem bez przekonania. – A wspominał, gdzie
się umówiliśmy? Bo wiesz, nabazgrałem mu wiadomość na szybko i zupełnie
zapomniałem… Bo albo u mnie w biurze, albo…
– W szpitalu.
Zrobiłem zamyśloną minę, a potem klasnąłem w dłonie. No na pewno
wyglądało to przekonująco.
– No przecież!
Temari spoglądała na mnie z kamienną miną. Wypadało się pożegnać.
Życzyłem jej smacznego, dobrej nocy oraz następnego dnia i zapewniłem, że
Shikamaru dostanie nieprzyzwoicie długi urlop, jak tylko zażegnamy najgorszy
kryzys.
Pokonując kolejne uliczki w drodze do szpitala, próbowałem stłumić w
sobie to uczucie paniki, które próbowało mną zawładnąć. Które chciało, bym
pokonał ten krótki dystans biegiem, a potem wpadł do szpitala i z głośnym Mam was! przyłapał Narę, z cholera wie
kim, na cholera wie czym.
Kto by pomyślał, że moja pamięć wcale nie działała tak wybiórczo, kiedy
chodziło o prawdziwe głupoty. Moją pierwszą myśl, że ktoś podszył się pode
mnie, by ściągnąć Shikamaru do ciemnego zaułka i zaciukać czym popadanie,
zastąpiło podejrzenie, że mogło być przecież zupełnie odwrotnie.
– Nie, Sasuke wcale nie podszywa się pod Shikamaru – szepnąłem, mając
nadzieję, że powiedzenie tego na głos, uzmysłowi mi, jak absurdalny był to
pomysł.
Tylko że…
No bo…
Cholera!
Bo nawet jeśli do tej pory wydawało mi się to po prostu zabawne, to Nara
właśnie dał mi odczuć, że wcale takim nie było. Tyle zbiegów okoliczności, tyle
dziwnych sytuacji… I co, może Temari też nosiła małego Uchihę pod sercem?
Roześmiałem się głośno, choć to, zamiast rozluźnić sytuację, tylko ją
pogorszyło. Ta gówniana śmieszna myśl mogła okazać się prawdą.
Choć prawda zawsze była prosta.
___________________________________________________________________
ROZDZIAŁ! Z małym poślizgiem, ale jest!
Za tydzień zaczynam długo wyczekiwany dwutygodniowy urlop, więc wrzucę ostatnią część pierwszej serii i zrobię sobie przerwę od bloga. Będziecie musieli przeżyć bez mojej fantastycznej historii aż do września. Wierzę, że dacie radę ;-)
Miłego czytania!
Cieszę się z pojawienia się nowego rozdziału!
OdpowiedzUsuńRozmowa z Taichim była czymś co Naruto według mnie powinien zrobić (a na co zdobyć się nie umiał) i dobrze, że tak zrobił choć wiadomo jak mu poszło. W sumie Taichiemu trudno się dziwić, że się tak zachowuje - najpierw chętnie z nim przebywa, potem po śmierci Sakury w ogóle go nie odwiedza ale za to pojawia się w Noriaki, pojawia się Sasuke i daje mu kartkę co doprowadza do wyjawienia tym, że tak naprawdę Uzumaki go odwiedzał w przebraniu (Taichi jest naprawdę mądrym dzieckiem i ciekawe co mu przyszło do głowy kiedy zobaczył Sasuke i porównał podobieństwo fizyczne między nimi - nie wiadomo co Sakura mówiła mu na temat jego ojca) i jeszcze potraktował go genjutsu...pojawiło się kilka odpowiedzi ale za to więcej pytań, chyba to już znak firmowy tej historii.
Ubawiłam się czytając o spotkaniu z Temari - każdy ma coś czego się boi a naruto, który stawił czoła Madarze i uratował świat wolałby powtórzyć walkę ze wspomnianą już osobą niż porozmawiać szczerze z Taichim czy tez z Sasuke na temat uczuć. za to co się pojawiło jako ostatnie - brzmi to niewiarygodnie ale biorąc pod uwagę to co się zdarzyło ostatnio wiele rzeczy może być możliwych - będę czekać cierpliwie aby się dowiedzieć co się stało.
Pozdrawiam, Mei
Przyznam, że miałam pewne obawy jeśli chodzi o odbiór Naruto przez czytelników. Kiedy pisałam tę historię, zależało mi, żeby nieco odczarować postać Uzumakiego znaną nam z mangi i anime. Może zawsze był nierozgarniętym młotkiem, ale w późniejszym czasie był również nieomylny i dążył do celu bez choćby chwili zawahania, co w moim odczuciu było nieco nierealne. Niczego się nie bał. Nie podobało mi się, że zaczął przypominam nieomylny ideał, którym przecież nie był. Chciałam, żeby u mnie się wahał, żeby nie był pewien i popełniał błędy, czasem wynikające ze zwyczajnego braku odwagi. I obawiałam się, że to nie zostanie dobrze odebrane, ale do tej pory nikt mi tego nie wytknął ;-)
UsuńMyślę, że wielu shinobi wolałoby stoczyć walkę, niż stawiać czoła problemom zwykłego codziennego życia. Zostali wychowani, by walczyć, narażać się dzień po dniu i to temu poświęcają całe swoje życie, więc kiedy przychodzi co do czego, kiedy trzeba porozmawiać lub zająć się dzieckiem... to ich przerasta. Nie tego byli uczeni przez tyle lat. Lubię ten motyw, zawarłam go również w opowiadaniu na drugim blogu, którego jestem współautorką, a który nie ma nic wspólnego z yaoi :-)
Dziękuję za komentarz i również pozdrawiam!
Hej,
OdpowiedzUsuńjuż przeczytany rozdział... trochę się wstrzymałam z czytaniem aby nie było długiej przerwy... wspaniały, aż naprawdę dziwne, że Sasuke odpowiadał na pytania Taichiego, dobrze że Naruto chce zająć się chłopcem, ale właśnie skąd ten wiedział że przyjdzie do niego jak to była taka spontaniczna decyzja...
Dużo weny życzę...
Pozdrawiam serdecznie Basia
Myślę, że miał przeczucie. Ja tak kiedyś często miałam, że wiedziałam o czyjejś wizycie zanim ten ktoś sam o niej pomyślał. Ciekawe zjawisko :-)
UsuńDzięki za komentarz!
Jestem i nadrabiam zaległości. :D
OdpowiedzUsuńNaruto jest zabawn postacią - niby taki potężny shinobi, a ma problem z rozmawianiem o uczuciach. :D I się boi takich sytuacji. No, ale każdy z nas może się czegoś bać, nie ważne jak to absurdalne jest w oczach innych. :D
A Sasuke to niezły jest - wciągnął jeszcze we wszystko Taichiego i potraktował go Sharinganem, co za typ!
Czekałam, aż Temari zdzieli Uzumakiego, serio. :'D I te jego głupie myśli, że nie Shikamaru jest ojcem, o rety. XD
Lecę do następnego rozdziału. :3
Hejeczka,
OdpowiedzUsuńwspaniale, za dużo zbiegów okoliczności coś tutaj, aż dziwne że Sasuke odpowiadał spokojnie na pytania Taichiego skąd mały wiedział, że Naruto przyjdzie...
Dużo weny życzę...
Pozdrawiam serdecznie Iza