9 września 2018

03. Chaos o smaku krwi

Witam!
Mam dziś dobry humor, więc w ramach rekompensaty za tak długie oczekiwanie na poprzedni rozdział, wrzucam kolejny :-).
Zapraszam do czytania i zachęcam do komentowania!
____________________________________________________________

Usłyszałem pukanie do drzwi, a chwilę później ujrzałem rozczochraną głowę Shikamaru. Zmarszczył brwi, widząc moje ponaglające spojrzenie.
– Nie, nie wrócił.
Przytaknąłem, starając się ukryć rozczarowanie. Poprosiłem Sasuke, by bawił się dobrze i najwyraźniej tak właśnie było. Zabalował tak ostro, że w następny czwartek wciąż jeszcze go nie było, a ja powoli zaczynałem się zastanawiać, czy coś nie poszło nie tak. Żeby nie powiedzieć, że zwyczajnie martwiłem się jak cholera.
Pięć dni, powiedziałem pięć. Zarzekał się, że wróci po weekendzie, a tymczasem mijał właśnie szósty, a po nim nie było śladu. Spóźniony Uchiha, to martwy Uchiha.
Wydajność mojej pracy drastycznie spadła. Mogłem po dziesięć razy czytać jedno zdanie i nie byłem w stanie go przyswoić. Kiedy Shikamaru wchodził do gabinetu, bezmyślnie klikałem w klawisze laptopa, udając, że robię właśnie coś arcyważnego. To zadziwiające, że kiedy tak człowiek udaje, że pisze, najczęściej wystukiwanymi literami jest gh i k. Czemu celujemy w sam środek klawiatury, skoro do budowania zdań potrzebne nam są przede wszystkim samogłoski? Zastanawiałem się nad tym problemem, dopóki nie zdałem sobie sprawy z tego, że to zwyczajnie głupie.
– Wszystko w porządku?
Popatrzyłem na Narę nieprzytomnie. W porządku? Tak, w najlepszym. Zajmowałem się jakimiś pierdołami, chociaż kończył mi się czas. Kartki w kalendarzu zmieniały się jak szalone. Czas pędził na łeb na szyję, a ja utknąłem w miejscu. Ktoś oblał mi nogi betonem, przykuł łańcuchami do tego dnia sprzed tygodnia i nie pozwolił iść dalej. I prawdopodobnie tym kimś byłem ja sam.
– Tak, jest świetnie.
Shikamaru nie wdawał się ze mną w dalszą dyskusję. Pokręcił głową z rezygnacją i wyszedł, zostawiając mnie samego. Spojrzałem na zegarek, udając, że wcale nie liczę godzin. A właśnie upłynęła kolejna z nich.

Kiedy czwartek minął, a ja zamykałem biuro, ścisk na żołądku jeszcze się zwiększył. A że przez żołądek do serca, to w końcu i ono waliło mi jak szalone.
W domu dokładnie sprawdziłem każdy kąt, czy aby Uchiha śmiertelnie ranny nie wparował od razu do mojego mieszkania, licząc na natychmiastową pomoc. Nie było go.
Kiedy wychodziłem na spotkanie z Taichim, obrałem najdłuższą możliwą drogę, zahaczając o kawalerkę, w której mieszkał Sasuke, ponownie swój gabinet, by się upewnić, czy przypadkiem nie przesiadywał przy drzwiach, a nawet dzielnicę Uchiha, która od wieków stała zamknięta, a Sasuke odmówił chęci powrotu kiedykolwiek. Przyglądając się tym pustym, ciemnym domom, poczułem się jeszcze gorzej. W nich też się kiedyś tliło życie. A potem odeszło. Brutalnie wyrwane z rąk człowieka, który poświęcił wszystko, by ratować Konohę przed wojną.
Na spotkanie szedłem zupełnie nieobecny. Spóźniłem się bardziej niż poprzednim razem, a Taichi zrobił mi porządny wykład na temat punktualności. Kiedy powołał się na tego pana, którego ostatnio spotkaliśmy pod Ichiraku, zrobiło mi się wręcz niedobrze.
– No to… – zaczął malec, kiedy skończył już prawić mi kazanie. – Co będziemy dziś robić, wujku?
– Jest coś, na co miałbyś szczególną ochotę?
Chłopiec potaknął, od razu skacząc w stronę butów i wciskając je na nogi.
– Chciałbym pozbierać trochę liści.
– Ach, no dobrze.
Pomogłem małemu zawiązać szalik i włożyć kurtkę, i wyszliśmy na zewnątrz. Taichi miał kilka upatrzonych miejsc, z których średnio co dwa tygodnie przynosił liście i wklejał do zielnika. Nie rozumiałem, co fascynującego mogło być w rozkładzie liści, ale cykl ich życia po spadnięciu z drzew, bardzo go interesował, więc nie oponowałem. Może jego ojciec był jakimś leśniczym, cholera go wie. Gdybym kiedyś się uparł odnaleźć go za wszelką cenę, z całą pewnością zacząłbym właśnie od leśniczych i innych wielbicieli przyrody. Odwiedziłbym wszystkie chatki przy lasach i na różnego rodzaju odludziach. Wypytywałbym o zielarzy i ogrodników. Kto wie, może to wcale nie byłby taki zły strzał.
– Czemu nic nie mówisz, wujku?
No właśnie, dlaczego nic nie mówiłem? Z myśli o ojcu chłopca, od razu przeskoczyłem do Sasuke, który tym ojcem być nie mógł.
– A, jakiś taki zmęczony jestem. – Machnąłem ręką i zanim zdążyłem zauważyć, z zakłopotania drapałem się już po karku.
Taichi zmarszczył czoło, wpatrując się we mnie intensywnie. Po chwili pokręcił głową.
– Kiedy jesteś zmęczony, wujku, mówisz jeszcze więcej niż zwykle, żeby nie zasnąć.
Trafił w sedno. Dlaczego ten dzieciak musiał być taki cholernie spostrzegawczy? W sumie głupie pytanie – genów oszukać się nie dało, a Sakury głupią czy ślepą nie można było nazwać.
– Po prostu… martwię się o kogoś dla mnie ważnego.
Przysiadłem na pniaku, patrząc, jak Taichi uważnie przygląda się trzymanym w dłoni liściom. Wybrał trzy, a pozostałe odrzucił. Kąciki jego ust powędrowały ku górze, kiedy podszedł do mnie i wręczył mi najładniejszego z nich. Jak na tę porę roku – był naprawdę bardzo ładny. Jeszcze nie zeschły i brązowy, emanował żywią czerwienią, nawet w miejscu tak ciemnym, jak to.
Chłopiec objął się ramionami i kucnął na trawie przede mną.
– Ważnego?
Przytaknąłem. Sasuke był dla mnie ważny. Był cholernie ważny, był…
– Bardzo ważnego, być może najważniejszego w całym moim życiu.
Zacisnąłem dłonie. Czy naprawdę tak właśnie myślałem? Uścisk na sercu podpowiedział mi, że chyba tak. Czy w innym przypadku aż tak bardzo by to bolało?
Taichi przyglądał mi się nieodgadnionym wzrokiem. A że on patrzył na mnie, ja spoglądałem na niego. Miał takie ciemne, głębokie oczy… Można było w nich utonąć, przyglądać się bez końca. Gubiłem myśli, gubiłem słowa, kiedy te dwie czarne dziury analizowały każdy mój ruch.
– Pani Mikoto mówi, że jak ktoś jest dla nas ważny, to znaczy, że się go kocha.
Zamrugałem. Co? O nie… Nie, nie. Nie!
Wyciągnąłem przed siebie ręce i zamachałem nimi nerwowo.
– Pani Mikoto jest mądrą kobietą, ale… w tym wypadku chodzi o mojego przyjaciela.
– Przyjaciół się nie kocha?
– Nie… to znaczy tak, to znaczy… – Zamotałem się. – Na swój sposób tak, ale zazwyczaj, kiedy mówi się o kimś, że się go kocha, ma się na myśli inny rodzaj miłości.
Taichi zmarszczył czoło.
– Jakie są rodzaje miłości, wujku?
No właśnie… jakie? Zacząłem wyliczać na palcach.
– Miłość rodzicielska, miłość do kogoś, z kim chcesz spędzić resztę życia i chyba jeszcze ta przyjacielska, o której wspomniałeś. Każde dziecko, kiedy przyjdzie na świat, jest obdarzane miłością przez rodziców, którzy poświęcają lata, by nauczyć je, czym właśnie jest miłość. Potem poznaje miłego chłopca albo dziewczynkę, uznaje, że chce być z nią lub nim już na zawsze i zakładają rodzinę, sami mają dzieci i uczą je miłości.
Taichi pokiwał głową. Spojrzał na trzymane w dłoniach liście, przyglądając im się uważnie.
– A przyjaciela? Jak się kocha przyjaciela, a jak tę osobę, z którą chce się być już zawsze?
– Przyjaciel, to taki ktoś, z kim… – Zawiesiłem się. Uważałem się za ostatnią osobę, która miała prawo definiować to słowo. – Chcesz być blisko, ale… no w każdym razie, e… tę drugą osobę, tę, z którą chcesz spędzić resztę życia, pragniesz całować, dotykać, chcesz się z nią zestarzeć i założyć rodzinę. Dzielicie z sobą niewyobrażalną bliskość, stajecie się… jednością, że tak powiem. Z przyjacielem nie ma tego wszystkiego. Ufacie sobie, mówicie o wszystkim, ale nie pragniecie żadnych kontaktów cielesnych, ani… nic.
Czułem się jak idiota. Tak mnie ścisnęło za serce, że przez moment zapomniałem o oddychaniu. No dobrze, może przesadzam, ale było źle.
– Przyjaciół się nie dotyka? – spytał Taichi.
– Chodzi o taki rodzaj zbliżenia… nieważne, zrozumiesz, kiedy podrośniesz – westchnąłem.
Dupa, dupa, dupa! Nie dotyka się, oczywiście. Przyjaciele nie sypiają ze sobą, oczywiście. Nie dzielą pierdolonego łóżka i nie myślą o sobie w taki sposób, w jaki ja myślałem o Sasuke. Ja to chyba serio jestem ciemny. Nigdy przenigdy do tej pory nie przyszło mi do głowy, że mógłbym się zakochać w draniu.
Wrócił do Konoha zaledwie dziewięć miesięcy temu. Wytrzymaliśmy cztery, zanim zaczęliśmy się bzykać. Sasuke wziął mnie pierwszy. Był tak spragniony i wygłodniały mojego ciała, że mu na to pozwoliłem. Czułem ekscytację i ten dreszczyk, który towarzyszył mi za każdym razem, kiedy robiłem coś po raz pierwszy. Nie spotykaliśmy się regularnie ani specjalnie często. Po pierwszym seksie nie widzieliśmy się prawie tydzień. Ja zastanawiałem się, czy to aby nie był błąd, a Uchiha… on to nie wiem, co w tym czasie robił. Ale kiedy następnym razem pojawił się u mnie w domu, przycisnął mnie do ściany i niemal zgwałcił. Ani razu nie bawiliśmy się w czułości i trzymanie za rączki. On brał mnie, ja marzyłem, by wziąć jego. Zawsze mocno, zawsze intensywnie i często też od tyłu, żeby nie patrzeć temu drugiemu w oczy. Ale czy bywał brutalny, czy sprawiał, że byłem nieszczęśliwy? Tego nigdy nie mógłbym o nim powiedzieć.
Kochałem tego dupka, czy nie? Sakura powiedziała mi kiedyś, że jeśli zadając sobie to pytanie, nie znam na nie odpowiedzi, to nie jest miłość. Kiedy pojawiają się wątpliwości, nie może chodzić o uczucie tak silne i jednoznaczne.
Tylko że między mną a Sasuke, nigdy nic nie było jednoznacznie. Przyjaźniliśmy się, nienawidziliśmy jednocześnie, wspieraliśmy i próbowaliśmy zabić. Rywalizował ze mną, chociaż od zawsze uważał mnie za kogoś gorszego. Czy to więc kiedykolwiek miało sens?
Czym więc, do licha, była ta pierdolona miłość?
– Wujku, późno już.
Zamrugałem. Taichi stał z głową skierowaną w niebo. Co on widział przez te wszystkie chmury? Bo na pewno nie chodziło o położenie księżyca, po którym nie było śladu.
– Dobrze, zbierajmy się już.
Chłopiec chwycił mnie za wyciągniętą dłoń i skierowaliśmy się w stronę ośrodka.
Chyba szedłem odrobinę zbyt szybko, bo Taichi parę razy prosił mnie, bym zwolnił. Kiedy już odstawiłem go pod opiekę pani Mikoto i chciałem oddać liścia, którego wręczył mi w lesie, schował ręce za plecami i pokręcił głową.
– To był prezent, wujku. Żebyś się nie smucił.
Uśmiechnąłem się mimowolnie. Rozczochrałem jego czarną czuprynę, rejestrując przy okazji, że włosy miał w dotyku równie sztywne, co Uchiha. Dupek nie lubił, kiedy go dotykałem, dopóki nie dotyczyło to jego fiuta. Mimo to ja i tak robiłem to z przyjemnością, narażając się na utratę ręki.
Szarpałem go za włosy, kiedy robił mi loda, łaskotałem po owłosionych nogach i przejeżdżałem palcami po łonowych, kiedy sam robiłem mu dobrze. U większości ludzi faktura włosa, w każdym z tych miejsc nieznacznie się różni, ale ja nie widziałem większej różnicy. Czupryna Sasuke była szorstka i sztywna, i dokładnie taką samą miał Taichi.
Wracając do domu, ponownie zahaczyłem o kawalerkę Sasuke, ale go nie zastałem.
Minął szósty dzień, a on nie wrócił.

***

– Jak się pan miewa, panie Teuchi?
Właściciel Ichiraku podniósł wzrok znad deski do krojenia, uśmiechając się na mój widok.
– Naruto! Dawno cię nie widziałem.
Przysiadłem na stołku, wdychając zapach smażonych warzyw i gotującego się bulionu. Jeśli coś na ziemi pachniało niebem, zdecydowanie był to ramen. Ramen z Ichiraku. Na drugim miejscu postawiłbym…
– Sporo obowiązków, mało czasu – odparłem niezobowiązująco. – Znajdzie się dla mnie porcyjka? – Kiwnąłem głową w kierunku mojej ulubionej potrawy.
Nie musiałem długo czekać. Wystarczyło parę chwil, by pan Teuchi postawił przede mną wypełnioną po brzegi miskę. Podwójna porcja ze wszystkimi dodatkami.
I jak ja w ogóle mogłem być bezstronny? Za ramen byłem gotów dać się pokroić. Pan Teuchi spokojnie mógłby mnie szantażować i byłem pewien, że zrobiłbym dla niego wszystko. I nie tylko dla niego…
– Ładna pogoda, hehe. – Wskazałem deszcz, który siąpił za moimi plecami.
Właściciel Ichiraku spojrzał na mnie dziwnie, ale nic nie odpowiedział, wracając do mieszania metalową łychą w sporym garze. A ja, zamiast paplać bez sensu dziobem, skupiłem się na jedzeniu. I bardzo chciałbym delektować się ulubionym daniem powoli, ale rzuciłem się na nie jak wygłodniałe zwierze i pobiłem chyba własny życiowy rekord. Pan Teuchi bez słowa postawił przede mną kolejną porcję.
– Na koszt firmy.
Podziękowałem skinieniem głowy i, tym razem, napełniałem swój żołądek w nieco rozsądniejszym tempie, prowadząc z właścicielem Ichiraku niezobowiązującą pogawędkę. Czy muszę mówić, że wprost uwielbiam tego faceta? Poza najbliższymi przyjaciółmi reszta mieszkańców Konohy traktowała mnie jak kogoś wielkiego i bardzo ważnego. Zwracali się do mnie Wielmożny, co ­– jak już wspomniałem Taichiemu – niezmiernie mnie irytowało. Przez takie zachowania, sam niejednokrotnie miałem wrażenie, że patrzę na innych z góry. A przecież tego nie robiłem. Wszyscy byliśmy i jesteśmy równi, niezależnie od tego, czy jestem Hokage, czy sprzątaczką u Lorda Feudalnego.
Pan Teuchi zawsze traktował mnie jak dzieciaka i chociaż byłem już dorosłym mężczyzną, właściwie nic się nie zmieniło. Nie kłaniał mi się i nie podlizywał, próbując wmówić, że jestem najzdolniejszym, najmądrzejszym i najprzystojniejszym Hokage w dziejach wioski. Mówił do mnie, jak do każdego innego gościa w Ichiraku i dawał mi zniżki tylko przez sympatię i długą znajomość, nie pozycję społeczną.
Rozmawiając z nim, poczułem się lepiej. Opowiedział mi kilka zabawnych anegdotek związanych z klientami, rozśmieszając mnie raz po raz. Dopiero teraz poczułem, jak spięty chodziłem od środy. Trochę śmiechu i wszystko zaczęło mnie boleć.
– A ja zawsze myślałem, że praca w takim miejscu musi być śmiertelnie nudna – westchnąłem, oddając mu pustą miskę.
– Zdziwiłbyś się, chłopcze. Założę się, że mam tu więcej rozrywek niż ty, tam na górze. – Kiwnął głową w kierunku siedziby Hokage.
– Wie pan, co? Pewnie ma pan rację.
Gawędziliśmy jeszcze chwilę, korzystając z tego, że o tej porze do Ichiraku zaglądało niewiele osób. Zażartowałem sobie właśnie, że pan Teuchi ma dużo bardziej odpowiedzialną pracę, bo na pewno łatwiej mu kogoś zabić niż mnie, kiedy czyjaś dłoń opadła na moje ramię, a za plecami rozległ się głos:
– Siemka, stary!
Odwróciłem się do Kiby, szczerząc zęby w uśmiechu.
– Masz makaron – parsknął śmiechem, składając parasol i wchodząc pod zadaszenie.
Zmarszczyłem się, próbując wydobyć go jakoś językiem spomiędzy zębów. Raz, dwa i po problemie.
– A ty co? Na ramen przyszedłeś?
Kibie mina zrzedła. Machnął ręką, a potem oparł się o wolny stołek.
– Randkę miałem mieć, ale właśnie przed chwilą wysłała mi wiadomość, że nic z tego.
– O – rzuciłem mimowolnie.
– No – przytaknął, krzywiąc się lekko, ale po chwili spojrzał na mnie i wyraz jego twarzy się zmienił.
Czy ja, cholera, miałem coś wypisane na czole, czy jak? Mam wrażenie, że ostatnio wszyscy przyglądali mi się jakoś badawczo i czytali ze mnie, jak z otwartej księgi. Już, kurde, czekałem aż spyta: A ty, to czekasz, aż dostarczą ci zwłoki Uchihy?, a wtedy ja mu na to: Dlaczego tak sądzisz?, a wtedy on: Przecież to widać! Długo jesteście razem?, i wtedy ja: Co?! Nie byliśmy parą!, na co Kiba coś w stylu: Byliśmy… czyli już pogodziłeś się z jego śmiercią. Nie uważasz, że spierdoliłeś sprawę po całości? Póki żył, mogliście przenieść tę relację na wyższy poziom, zamiast udawać zwykłych seks-przyjaciół. Przesrane, stary…
Ale Kiba, by tak nie powiedział. Zamiast tego walnął:
– Ciebie też jakaś panienka wystawiła?
– Coś w tym stylu…
Uchiha by go zabił w ułamku sekundy, gdyby się dowiedział, że został nazwany panienką. Tyle że teraz było to już bez znaczenia. Martwi nie potrafią zabijać, prawda? I chociaż martwym jest już wszystko jedno, jak się o nich mówi i co się z nimi robi, uznałem, że kiedy ciało Sasuke trafi już do mojego gabinetu, zamknę się z nim i po raz ostatni…
Nie, nie prześpię się z trupem. Ale chciałbym go dotknąć. Tego porcelanowego policzka, szorstkich dłoni i spierzchniętych ust. Tych ostatnich chciałbym dotknąć nawet swoimi własnymi. Nigdy tego nie robiliśmy. Z wyjątkiem przypadkowego pocałunku, który przeżyliśmy po skończeniu Akademii, Sasuke i ja nigdy się nie całowaliśmy. Był seks, ale pocałunek podchodził pod coś dużo większego i bardziej intymnego. Nieważne, jak głupio to brzmiało. Penis w dupie to nic, w porównaniu z niewinnym buziakiem w usta. Może właśnie z tego względu, że był on tak niewinny.
– To co? Może znajdziesz czas dla starego kumpla i wyskoczymy na jakieś piwo?
Skinąłem głową, czemu nie?
Pożegnaliśmy się z właścicielem Ichiraku i ruszyliśmy przed siebie. Kiba miał parasol, a ja miałem kaptur, który długo nie chronił mnie przed deszczem, ale właściwie, to niespecjalnie mi to przeszkadzało. Zaszliśmy do jakiegoś pubu, w którym nigdy wcześniej nie byłem. Może dlatego, że nie miałem zbyt wiele czasu, a kiedy znalazło się go trochę, większość znajomych go nie miała? Z wyjątkiem Kiby i paru innych osób, wszyscy pozakładali rodziny i nie mieliśmy zbyt wielu okazji do spotkań.
Wybacz, Naruto, ale mały właśnie ząbkuje.
Przepraszam, ale to dziewiąty miesiąc i – jak chyba rozumiesz – wolę zostać w domu.
Sorry, stary, ale zaczął się drugi trymestr i właściwie nie wychodzimy z sypialni.
Niestety nie mogę, Naruto! Syn znowu sprawia problemy i czas, bym porozmawiał z jego nauczycielem.
Usiedliśmy przy stoliku w kącie, z dala od dymu papierosowego i głośnych śmiechów pozostałych gości. Zdecydowaną większość stanowili mężczyźni. Część z nich była dziś u mnie po zakończeniu swoich misji i domyśliłem się, że przyszła tu, by zapomnieć o tym, co zmuszona była zrobić. Nagle zaczęło mnie zastanawiać, jaki odsetek shinobi był uzależniony od alkoholu i ile misji zawalali z powodu nietrzeźwości.
Pokręciłem głową.
– To co, Uzumaki, jesteś jeszcze Hokage, czy już cię wywalili?
Drgnąłem.
– Wciąż mi zazdrościsz, Inuzuka?
– Nie zazdroszczę. – Wzruszył ramionami. – Zastanawiam się, kiedy się na tobie poznają.
– Długo im schodzi. Ponad dwa lata jestem Hokage i jeszcze nikt się nie zorientował, że się nie nadaję.
Kiba parsknął śmiechem, a ja wyszczerzyłem się od ucha do ucha.
– Jak to mówi Uchiha: jesteś młotem.
Uśmiech zniknął z mojej twarzy. Zastanawiałem się, czy patrząc na mnie teraz, Kiba połapie się w końcu, o co chodzi i rozmowa, którą zwizualizowałem sobie ostatnim razem, dojdzie do skutku. Porozmawiamy o tym, jakim byłem głupkiem? Nie chciałem tego… a może chciałem?
Kiba zdawał się jednak zupełnie nie dostrzegać, że miałem jakiś problem. Popijał sobie wesoło swoje piwo, gwiżdżąc coś pod nosem. Skoro mnie to irytowało, to ciekawe co musiał o tym myśleć Akamaru. Psy to chyba miały lepszy słuch niż ludzie, nie?
– A od kiedy, to ty tak dobrze znasz teksty tego drania, co?
– Od hmm… czwartku? Wpadliśmy na siebie i zaprosił mnie na piwo.
Jeśli moje depresyjne oblicze nie zrobiło na Kibie wrażenia, to może chociaż szczęka, którą aktualnie zbierałem z podłogi? Wydawało mi się, że żuchwę, to mam zupełnie z ołowiu, czy czegoś. A w sumie… z czego było zrobione kowadło?
– Ty i Uchiha?! – wykrzyczałem, prawie pokładając się na stoliku.
– Serio dziwne, no nie? – Kiba wyglądał na uradowanego. A myślałem, że tylko te wszystkie laski traciły głowę, kiedy mogły przebywać sam na sam z Sasuke. Najwyraźniej mężczyzn też się to tyczyło. W dodatku heteroseksualnych. – Miał taką zdziwioną minę, kiedy mnie zobaczył! A potem jeszcze spytał, czy jestem aktualnie wolny i uznał, że dawno razem nie piliśmy. Ja mu na to, że nigdy, bo przecież za mną nie przepadał i wywyższał się na każdym kroku, a on tylko machnął ręką i poszliśmy.
– I co? I co? – dopytywałem.
– No i nic. – Wzruszył ramionami, sięgając po swój kufel. – Z nim, to się jednak nie da długo wytrzymać. Kiedy tak wyjątkowo ludzko zareagował na mój widok, to spodziewałem się, że może co nieco się zmienił, ale nic z tych rzeczy. To była dziwna rozmowa.
Kiedy patrzyłem, jak Kiba się krzywi, serce podskoczyło mi niemal do gardła. Uchiha WIEDZIAŁ. Wiedział, że go okłamałem i nic o tym nie wspomniał, kiedy widzieliśmy się tamtego wieczoru i w piątek rano. Udawał nieświadomego, ale swoje wiedział.
– Dziwna, to znaczy…?
– Pytał, jak mi się wiedzie, ale chyba nie słuchał, co mam do powiedzenia. A w pewnym momencie, to mi, kurde, przerwał i zaczął wypytywać o ciebie. Jak często się spotykamy i w ogóle, no, takie tam. I pytał, czy się z kimś teraz przyjaźnisz. Co on, zazdrosny? Jak latałeś za nim jak głupi z jęzorem na wierzchu, to miał w dupie twoją przyjaźń, a teraz się czai i najwyraźniej zamierza cię upolować. Ale weź się, Naruto, nie daj! Źle mu z oczu patrzyło.
Sasuke. Wie. WIE!
Chciałem wpleść dłonie we włosy i wyrywać je sobie garściami, ale zamiast tego po prostu zaśmiałem się głupio, a moja dłoń mimowolnie powędrowała do karku. Wszystkie włoski stanęły mi dęba i wcale mnie to nie dziwiło.
– Co mu powiedziałeś? O tej przyjaźni, w sensie?
Kiba wzruszył ramionami.
– Prawdę. Że nie wiem.
– I co na to Sasuke?
Inuzuka spojrzał na mnie jakoś dziwnie. To znaczy, zmarszczył brwi, a pomiędzy nimi pojawiła się drobna zmarszczka. W sumie to chyba nie było jednak takie dziwne.
– Naruto… – Aż za dobrze znałem ten ton. Przełknąłem ślinę, przygotowując się na najgorsze. – Co jest między wami?
A wiesz, Kiba, bzykamy się od jakiegoś czasu i chociaż nigdy z ust żadnego z nas nie padła jednoznaczna deklaracja, to jeden zaczął okłamywać drugiego, a kiedy ten drugi się o tym dowiedział, to poprosił o misję, na której najwyraźniej zginął. Popierdolona sprawa.
– On chce cię… – kontynuował. Wyruchać? Tak, wielokrotnie. Z wzajemnością zresztą. – Zabić?
Za… co? Zamrugałem zaskoczony. Że jak, że zabić? Jakie zabić? Dlaczego zabić?
– Niby dlaczego, miałby chcieć zrobić coś takiego? – Bo za jego plecami spotykam się z pięcioletnim chłopcem? Brak odwagi do wyznania prawdy nie jest chyba dostatecznym powodem. Zgłupiałem, ale naprawdę nie miałem teraz co do tego takiej pewności.
Czułem, że moje szare komórki są już skrajnie wymęczone, ale jeszcze ten jeden raz zmusiłem je do działania. Zaraz… a jeżeli on wie tylko tyle, że w czwartkowe wieczory nie widuje się z Kibą, a nie ma pojęcia o Taichim, to oznacza, że mógł sobie myśleć cokolwiek. Ubzdurać sobie naprawdę wszystko. Zbyt dobrze znałem Sasuke, by uwierzyć, że po prostu wzruszył ramionami i uznał, że udałem się do… kina na komedię romantyczną, czy… no gdzieś, gdzie żaden normalny, zdrowy na umyśle facet by się nie udał.
– Już chyba ty powinieneś najlepiej wiedzieć dlaczego.
– Za zdradę? – Palnąłem bez zastanowienia, czego szybko pożałowałem, widząc minę, jaką uraczył mnie Kiba. Normalnie prawie piwo wypadło mu z ręki. Teraz to jego szczęka z całą pewnością była ołowiana. – Zdradę przyjaźni, w sensie. A coś ty myślał, głupku?
Inuzuka roześmiał się nerwowo. Czyli najwyraźniej dokładnie to, co powinien.
– Ty tak nie rechocz, tylko lepiej powiedz mi dokładnie, co mu powiedziałeś.
– Jeny, stary, nic takiego. – Przewrócił oczami. – Coś tam, że teraz z Shikamaru trzymasz się blisko, bo jest twoją prawą ręką, odkąd zostałeś Hokage. No i że po rozpadzie Drużyny Siódmej został ci tylko Sai. A co, stało się coś?
Powiedzieć, czy nie powiedzieć? Powiedzieć, czy…
– Tydzień temu Uchiha wyruszył na dosyć prostą misję i do tej pory nie wrócił. Nie ma z nim żadnego kontaktu – wyrzuciłem, zanim zdążyłem się tak poważniej zastanowić.
Kiba wybałuszył oczy. Zagwizdał z aprobatą i dopił swoje piwo. Widząc, że ja swojego nawet nie tknąłem, bez pytania przysunął je do siebie.
– No to żeś się wpakował, Uzumaki…
– W co się wpakowałem? – spytałem, spanikowany. Czy on wie coś, o czym ja powinienem? – Myślisz, że pociągną mnie do odpowiedzialności za jego śmierć?
– Pociągną… śmierć… co? A, zamierzasz go zabić, kiedy już po ciebie przyjdzie? No w sumie, to jak nie ty jego, to on ciebie. Rozsądnie.
Nie wiem, który z nas był tak wyjątkowo tępy, że nie potrafiliśmy się porozumieć. Chyba obaj. A mówią, że dwóch głupich to zawsze znajdzie wspólny język.
– Słuchaj, Kiba. Jeśli on zginął na tej misji i okaże się, że w jakiś pokrętny sposób, to moja wina, to mogą mnie oskarżyć o celowe posłanie go tam. Zlecenie zabójstwa, czy coś.
Kiba miał minę: chyba sobie kpisz. Żeby wyraźniej zaakcentować, jak bardzo się ze mną nie zgadza i za jak wielką bzdurę uważa to, co powiedziałem, postukał się dodatkowo w czoło.
– Ty na serio tego nie kumasz? Uchiha poszedł rzekomo na misję, ale tak naprawdę zbiegł i zamierza cię zabić! Dlaczego miałby zabijać siebie? Ja wiem, że dla takich psycholi cel uświęca środki, ale naprawdę wątpię, by popełnił samobójstwo tylko po to, by wrobić cię w swoją śmierć. Tym bardziej że spora część wioski, by się z niej ucieszyła i odetchnęła z ulgą. Pomnika byś się dorobił, a nie odsiadki za kratami.
– Zbiegł, żeby mnie zabić? Co ty pleciesz, jakby chciał mnie zabić, to zrobiłby to… – W łóżku. Wbijając mi nóż w plecy, kiedy pieprzył mnie w noc przed misją. – W jakimś dogodnym momencie. W ciemnej uliczce albo w moim własnym gabinecie.
– Słuchaj… – Inuzuka pochylił się nad stołem, każąc mi zrobić to samo. W pubie i tak panował taki hałas, że nikt nie miałby prawa nas usłyszeć, ale przezorny zawsze ubezpieczony. – Gdyby był w wiosce, to podejrzenia w pierwszej kolejności padłyby na niego. A teraz, kiedy go nie ma… sam rozumiesz. Wszyscy będą myśleć, że wykonuje jakąś ważną misję, a tymczasem on zaczai się – jak to sam określiłeś – w jakimś dogodnym miejscu i zabije cię takim sposobem, którego się najmniej spodziewasz. Podejrzenia nie mogą paść na niego, więc na pewno wymyśli coś wyszukanego.
– Kiba – westchnąłem, odsuwając się i opadając z powrotem na oparcie. – To są jakieś totalne bzdury. – Ale gdyby chciał mnie zabić, to faktycznie nie zrobiłby tego w łóżku. Łatwo byłoby dociec, że to ze mną spędził noc.
I pomyśleć, że jeszcze tydzień temu myślałem o tym, jak i kiedy zniknął obłęd w jego oczach! Mignął mi wówczas tylko na moment, a ja jak głupi się ucieszyłem, że jego mroczne oblicze, to już przeszłość i odzyskałem starego, dobrego Sasuke. Tego, który wiecznie był dla mnie wredny, ale też zawsze mi pomagał, tego, z którym rywalizowałem od dziecka. Nie Sasuke mordercę, a Sasuke człowieka.
– Oni to mają w genach – oznajmił tonem rzeczoznawcy.
Zaraz, zaraz! Czy on miał na myśli Itachiego? Tego Itachiego, brata Sasuke, który stanął przed najgorszym wyborem, jaki jestem sobie w stanie wyobrazić i poświęcił wszystko, co było mu drogie, by ratować brata i wioskę, bo kochał oboje całym sercem?
Jeśli nie to miałoby mnie jakoś otrzeźwić, to nie wiem, co mogłoby to zrobić. Wziąłem kilka głębokich wdechów, żeby dotlenić mózg i zacząć myśleć. Bo to, co robiłem do tej pory, było zwykłym sianiem paniki i łykaniem wszystkich bzdur, którymi zapragnął mnie nakarmić Inuzuka. Uchiha może i był mściwy i porywczy, ale nie zabiłby mnie za zaprzyjaźnienie się z kimkolwiek. Nieważne, czy miałby to być Sai, czy Shikamaru. I chociaż sytuacja z całą pewnością wyglądałaby nieco gorzej, gdyby pomyślał sobie, że go zdradzam, w takim przypadku też nie posunąłby się do czegoś takiego. Urwałby mi jaja, bez gadania. Mógłby chcieć zrobić mi krzywdę, ale planowanie wymyślnej, niezwykle okrutnej zemsty kończącej się moją śmiercią, nie było w jego stylu. Chyba. Prawda?
– Nie, Kiba. Uchiha zawsze działał impulsywnie. Gdybym go w jakiś sposób rozwścieczył, już dawno by mnie zabił i to na oczach wszystkich, żeby wiedzieli, czym grozi narażanie mu się.
Inuzuka spojrzał na mnie z politowaniem, biorąc spory łyk z mojego, poprawka, z mojego BYŁEGO kufla.
– Jesteś pewny?
Tak. Nie. Nie wiem, ale potaknąłem. No bo byłem… chyba.
Gdzieś w głowie kiełkowała mi jednak myśl, że zemsta zawsze najlepiej smakuje na zimno.

***

W niedziele miewałem zazwyczaj względny spokój. Relaksowałem się, udając, że intensywnie pracuję, a Shikamaru udawał, że nie widzi, jak się opieprzam. Sam lubił to robić, więc zazwyczaj bardzo chętnie mi w tym towarzyszył. Zapewne tylko po to, bym nie poczuł się samotnie. Ta, jasne.
A dziś najwyraźniej spodziewał się zobaczyć mnie w depresji – w końcu martwiłem się o Sasuke. Nie potrafił więc ukryć zdziwienia, kiedy wszedł do gabinetu i zastał mnie nerwowego jak diabli. Podskoczyłem na krześle na jego widok, a potem, udając, że nic się nie stało, wróciłem do bezmyślnego stukania w klawisze. Znowu pełno było g i h. Znowu zachowywałem się nieprofesjonalnie i znowu była to wina Uchihy.
– Jakieś wieści? – spytał, kładąc przede mną pudełko z czymś smacznym w środku. – Temari rozszalała się w kuchni, a ja uznałem, że pewnie będziesz głodny.
– Dzięki.
Stuk, stuk. Stuk, stuk.
Shikamaru westchnął teatralnie, opierając się o moje biurko.
– Dobra, Uzumaki, mnie nie oszukasz. Co się dzieje?
– Miej się na baczności, dobra? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie i wróciłem do swojego poprzedniego zajęcia. – Nic się nie dzieje, po prostu wydaje mi się, że obaj powinniśmy uważać.
Przysięgam, z głupoty się nie wyrasta. Obiecujesz sobie trzymać język za zębami, a potem paplasz i paplasz, aż w końcu orientujesz się, że powiedziałeś już wszystko. Żeby do tego nie dopuścić, na wszelki wypadek faktycznie ugryzłem się w język. Nie tylko przysłowiowo, bo po tym żadnego efektu.
Metaliczny smak w ustach… smakował metalicznie. Liczyłem na otrzeźwienie rodem z filmów. Eurekę, zapalającą się żarówkę, która rozświetliłaby mrok moich myśli. Zamiast tego dostałem tylko chaos. Chaos o smaku krwi.
Oglądałem kiedyś taki film o wampirach, z którego dowiedziałem się, że mają one jasną skórę i czerwone ślepia. Sasuke też miał… ma. Przypadek?
Shikamaru patrzył na mnie wyczekująco, a ja nie wiedziałem, co powinienem mu powiedzieć. Może, że Uchiha jest wampirem? W gruncie rzeczy było to równie niedorzeczne, jak to, że Uchiha na nas poluje, bo myśli, że jesteśmy kochankami. Może byłem kretynem, czasem nawet młotkiem mogłem być, ale nawet ja miewałem chwile, w których zdawałem sobie sprawę z istnienia czegoś takiego, jak zdrowy rozsądek.
– Naruto – powiedział ostro Nara.
– Dobra, już dobra. Myślisz, że Uchiha nie żyje?
Spojrzał na mnie jak na idiotę. Czyli jak wszyscy ostatnio. Nawet pięcioletni chłopcy, którzy nie mieli specjalnie pojęcia o życiu.
– Dlaczego miałby nie żyć?
– A dlaczego miałby żyć i nie wracać?
– Naruto, nie uważasz, że wszystko zbytnio upraszczasz? Nie wrócił w terminie, więc nie żyje. Ile razy tobie nie udało się wykonać misji w ustalonym czasie?
Pytanie powinno raczej brzmieć: ile razy mi się to udało.
– To do niego niepodobne. – Broniłem się. – On zawsze wszystko kończy wcześniej, niż inni, wcześniej, niż ktokolwiek podejrzewał. To mało prawdopodobne.
– Ale nie niemożliwe.
Miecz wypadł mi z ręki. Wszystkie niezwykle trafne argumenty, które uzbierałem do tej pory, nagle zostały zmiecione w pył.
Dobra, może aż tak to nie, ale prostota i logiczność jego wypowiedzi dały mi do myślenia.
Kiedy Shikamaru przestał załamywać nade mną ręce i w końcu wyszedł, wyjąłem czystą kartkę papieru z szuflady i postanowiłem spisać wszystkie niedorzeczne pomysły, które zaprzątały mi głowę. Nawet te, w które zupełnie nie wierzyłem, bo któż to wiedział, co mogło mi się przydać w kolejnych rozważaniach. Takim oto sposobem Sasuke jest wampirem też znalazło się na liście i to na dosyć wysokim, czwartym miejscu.
Na pierwszym niezmiennie znajdowała się notatka, że poległ. W nawiasie dopisałem, że bardzo, bardzo sobie nie życzę tej opcji.
Drugi punkt był autorstwa Kiby. Krwawa zemsta Sasuke na mnie i moim kochanku. Idealnie zaplanowana, bezbłędna zbrodnia, o której będzie się mówiło przez dziesięciolecia, a sprawca nigdy nie zostanie złapany.
Trzeci i zarazem ostatni należał do Shikamaru i brzmiał: puknij-się-w-głowę-Uzumaki, czyli Sasuke się spóźnia, bo tak.

8 komentarzy:

  1. Dzień doberek!
    Nigdy nie wiem co pisać w kometarzuxD
    Rozdział znowu bardzo mi się podoba. Jestem ciekawa co wyniknie ze spóźnienia Sasuke.

    Ach, ten Naruto i wampirzy Uchiha planujący zemstę na jego rzekomym kochanku :D
    Muszę Ci przyznać, że to idealnie odzwierciedla charakter naszego drogiego Hokage i tego jaki jest zakręcony ;D

    Pozdrawiam Cię cieplutko (jeżeli musisz wychodzić z domu tak rano jak ja, to z pewnością ciepło Ci się przyda:D potwornie zimno o poranku) i z niecierpliwością wyczekuję czwartego rodziału.
    M.April

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam!
      Ja bym chętnie przeczytała o Twoich wrażeniach, co Ci się podobało najbardziej i czy masz jakieś pomysły, co może być dalej? :-)
      Cieszę się bardzo, że Naruto przypadł Ci do gustu. Miałam (i wciąż mam) trochę obaw związanych z jego osobą. Zresztą nie tylko z nim, z Uchihą mam chyba jeszcze większy problem. Okaże się jeszcze, czy słusznie.
      Hm, nie wiem, o której wychodzisz z domu, ale ja o 4:55 i jakoś specjalnie zimno mi nie jest. Może dlatego, że nie znoszę upałów :-)
      Dziękuję za komentarz!

      Usuń
    2. Och :O
      Wygrałaś, ja muszę dotrzeć na przystanek na 6:30. Aż załapałam przeziebienie. Takie wstawanie nie jest dla mnie :/
      Podziwiam za wytrwałość! :D

      Wysypiaj się tam porządnie ;)
      M.April

      Usuń
  2. co jest z tym Sasuke :O?
    ciekawe co będzie dalej..;D

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiam niespodzianki takie jak ta.
    Naruto się martwi, że Sasuke nie wraca i wymyśla hipotezy dlaczego Uchiha się spóźnia - to co Kiba powiedział brzmiało dla mnie trochę głupio ale z drugiej strony - Sasuke nie jest raczej osobą umiejącą mówić o swoich uczuciach i to co zrobił ma trochę sensu - dla niego łatwiej jest w ten sposób postąpić niż zapytać Naruto (choć wtedy to powinien go śledzić gdzie wychodzi w czwartki). Jak dla mnie to Naruto powinien wyjaśnić to Ucisze - może i wyśmiewałby się z niego przez to ale to by nie psuło ich relacji.
    Bardzo mi się podoba pokazanie rozmyślań Naruto na temat jego związku z Uchihą, jest to tak świetnie naturalnie oddane. Również pokazanie niepokoju Naruto przecudnie tu wyszło.
    Ubawiłam się przy rozmowie Naruto z Taichim, zwłaszcza jak mu musiał tłumaczyć różnicę między przyjaciółmi a parą(i dopiero teraz sobie uświadomił, że kocha Sasuke a nie tylko darzą się przyjaźnią i pożądaniem, zresztą ich relacja nigdy nie należała do typowych).
    Zaczynam nabierać przekonania, że Sakura nie żyje i jestem bardzo ciekawa jak to się stało i kto jest ojcem Taichiego.
    Czekam na następny rozdział( i oby był w nim Sasuke).
    Pozdrawiam, Mei

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że gdyby Sasuke miał wcześniej jakieś podejrzenia, to tak właśnie by zrobił zamiast podchodzić Kibę, ale że spotkali się spontanicznie w czasie, kiedy Inuzuka teoretycznie był na spotkaniu z Uzumakim, to wykorzystał okazję :-). No i masz rację, Naruto powinien powiedzieć mu o wszystkim. Dlaczego więc tego nie zrobił? Hmmm... ;-)
      Cieszę się, że rozmowa z Taichim przypadła Ci do gustu. Nie byłam jej tak do końca pewna, kilka szczegółów mi się w niej nie podobało, ale zmieniając je, wpłynęłabym znacząco na całość, więc zostawiłam jak jest. Skoro wyszło fajnie, to bardzo się cieszę :-)
      Czy Sakura nie żyje? Naturalnie nie mogę odpowiedzieć na to pytanie. Tak samo jak na to, czy (i czy kiedykolwiek) Sasuke pojawi się jeszcze w tej historii :D
      Kolejny rozdział postaram się dodać w następny weekend :-)
      Dziękuję za komentarz!

      Usuń
  4. Uwielbiam yaoi, mimo iż sama go nie piszę, to czytać i oglądać arty kocham. Opowiadanie jest piękne. Nie wiem czemu, ale w historiach gejowskich zawsze tą miłość się mocniej odczuwa XD. Podoba mi się pomysł, że wszystko przedstawiasz z głupkowatej perspektywy Naruto. Bardzo fajnie się w niego wczuwasz, plus dodaje to pewnego humoru do opowiadania. Za niektóre teksty Nobel się należy XD <3. Ciekawi mnie to dziecko Sakury... wydaje mi się, że będzie mieć jakieś większe znaczenie. Eh biedny Sasek pewnie myśli, że Uzumaki go zdradza... nawet takiego drania serce potrafi boleć. Na pewno żyje, nie przyjmuję do wiadomości, że zmarł XD. Inaczej zamorduje!

    Sakura też bardzo mnie nurtuje, co się z nią stało, ale jak przypuszczam, dowiemy się :D. Ogólnie podoba mi się jak przedstawiasz Konohe po wojnie. Naruto interesujący się dziećmi, chyba lepiej nie dało się go pokazać. Typowy Uzumaki, którego kochamy :).

    Opisy erotyczne chyba najbardziej mnie urzekły. Czytając je sama miałam ochotę krzyknąć NARUTO WŁÓŻ MU KURWA GO W KOŃCU W DUPĘ! Musi to zrobić, taka wisienka na torcie opowiadania <3. Sasuke niby oschły typek, ale pociupciać to lubi XD. Przeważnie jestem wierna SasuSaku, ale dobrze znaleźć super opowiadanie innego paringu :) zwłaszcza, że mało już jest dobrych yaoi.

    Czekam kochana na kolejny rozdział! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam!
      Podzielam Twoje odczucia - ja też zawsze miłość czuję bardziej, kiedy czytam o związku dwóch mężczyzn. Nie wiem, skąd się to bierze, ale coś w tym zdecydowanie jest :-)
      W końcu ktoś zwrócił uwagę na humor! Bardzo mi zależało, żeby choć trochę dowcipu przemycić do opowiadania, więc super, że ktoś to zauważył :-). Cieszę się też bardzo, że mój Naruto przypadł Ci do gustu. Nie ukrywam, że pisanie z jego perspektywy było dla mnie wyzwaniem, bo baaardzo się różnimy.
      Co z Sasuke, co z Sakurą, co z biednym Naruto, który do tej pory nie miał okazji włożyć? Hm, hm... :D
      Rozdział miał być w weekend, ale skonał mi w laptopie dysk twardy... Oczywiście jestem zapobiegliwa i tekst zgrałam, niestety nie najnowszą wersję :/. Celuję więc z publikacją w początek przyszłego tygodnia. I oby się udało.
      Dziękuję za komentarz! :-)

      Usuń