2 września 2018

02. Co stało się z tym chłopcem, który został sam ze swoimi myślami?

Witam!
Dwa tygodnie zmieniły się w miesiąc, ale wreszcie jestem. Zawirowania w pracy pokrzyżowały mi mocno rozdziałowe plany, ale mam nadzieję, że najgorsze już za mną.
Wstęp do historii czas powoli kończyć. Już niedługo bardziej treściwa akcja.
Zapraszam do czytania i komentowania!

_____________________________________________________________

Misja odpowiednia dla Sasuke trafiła w moje ręce szybciej, niż się spodziewałem. Nie było to nic specjalnie wymagającego. Zadanie wręcz urągające jego umiejętnościom, ale czego innego można się spodziewać w czasach pokoju? Niewielu było takich, jak Uchiha, którym brakowało krwawych jatek i adrenaliny.
Minęło zaledwie dziewięć lat. Dziewięć od zakończenia Czwartej Wielkiej Wojny. Dziewięć lat, przez które stopniowo przyzwyczajaliśmy się do tego, jak nudne i monotonne potrafi być życie. I że wbrew pozorom takie życie wcale nie jest łatwe.
Dopóki działaliśmy pod wpływem emocji, nikt z nas nie zastanawiał się nad tym, co już się wydarzyło i co jeszcze może się zdarzyć. Liczyło się tylko tu i teraz. Ważne było przetrwanie i doprowadzenie tego wszystkiego do końca. Na przemyślenia przyszedł czas, kiedy wojna się skończyła. Wracały wspomnienia, wizje śmierci najbliższych, wielkiego poświęcenia i bólu, który powinniśmy czuć, a na który nie było w tamtej chwili miejsca. Nie na tak silny, na jaki zasłużyliśmy.
Nasza własna wioska, własne domy, pokoje okazywały się dla wielu za ciasne. Nie wiedzieliśmy, czego sobie życzymy, modląc się o finał tej okrutnej wojny, bo kiedy dobiegła końca, zostaliśmy sami ze swoimi myślami i część z nas bezpowrotnie to zniszczyło.
Cztery ściany wielu z nas przerosły. Dręczyły aż po dziś dzień, nie dając o sobie zapomnieć nawet w snach. Nikt nie tęsknił za wojną, ale nikt też nie przypuszczał, że powrót do normalnego życia będzie takim wyzwaniem. Ten cały chaos, ta długotrwała masakra, odcisnęła na nas większe piętno, niż się spodziewaliśmy i niż byliśmy gotowi głośno przyznać.
Skłamałbym, twierdząc, że wszystkie przypadki były tak beznadziejne. Wszyscy dochodziliśmy do siebie w swoim własnym tempie. Przez pierwsze miesiące wioska tonęła w mroku i ciszy, jednak wraz z upływem czasu, na nowo nabierała werwy i kolorów. Stopniowo, przeganiając chmury, które wisiały nad nami zdecydowanie zbyt długo. A kiedy w końcu nad większością domów zaświeciło słońce, u bram stanął wielki jaśnie pan Uchiha. Beznamiętny jak zawsze. Arogancki i przystojny jak… jak to on. Wyglądał, jakby cała ta piekielna wojna go ominęła. Wrócił na stare śmieci, zachowując się, jakby nigdy nic się nie stało.
I to on jako jedyny miał czelność narzekać na zadania, które wyznaczałem. Przyjmował moje polecenia z wątpliwą miną. I chociaż zawsze dogłębnie relacjonował wszystko w raportach, robił to ze znudzeniem, prychał i na prośbę, by skracał trochę te opisy przyrody i szczegóły, od których pękał mi łeb, oznajmiał, że może jeszcze zacząć uwzględniać postoje, które zrobił, by się odlać.
Jeden jedyny, któremu obecny stan rzeczy najwyraźniej przeszkadzał.

Shikamaru dostarczył mi pełną listę misji, które musiałem zlecić w najbliższym czasie, a ja ledwie przeleciałem po nich wzrokiem i na chybił trafił wybrałem jedną z dwóch, które zdobyły zaszczytną rangę B.
– Niech stracę, to bierze Uchiha. – Wcisnąłem mu teczkę w ręce. – Zapoznaj go z tym, okej?
– I to już? Przeczytałeś to chociaż?
Pokręciłam głową, wracając do czytania arcyważnych raportów, które przyniósł mi tego ranka. O dziwo, tylko jeden z nich dotyczył łapania zagubionych kotów, a pozostałe nawet zapowiadały się nieźle. No, może z wyjątkiem jednego.
– Shikamaru! – krzyknąłem, kiedy zbliżył się już do drzwi. – Wezwij do mnie Kazuo. Musi poprawić raport.
– Znowu?
– Tak, znowu.
Nara podszedł do mojego biurka i sięgnął po odpowiedni formularz. Chwilę z uwagą śledził tekst, po czym podniósł brew z zainteresowaniem.
I kiedy już byliśmy pewni, że bez przeszkód uda nam się odstawić panią Ayako do jej rodzinnej wioski, zza drzew wyskoczył zamaskowany oddział ninja. Sensei oraz moi koledzy z drużyny zamarli z przerażania, a pani Ayako schowała się za moimi plecami. Jej jędrne piersi zafalowały, kiedy gwałtownie wypuściła powietrze. Przywarła mocniej do moich nagich pleców. Wiele wysiłku kosztowało mnie, by zamiast na wrogich ninja, nie skupić się na jej gorących wypukłościach. Szepnęła mi na ucho, że bardzo się boi, a ja otoczyłem ją ramieniem i zapewniłem, że w mojej obecności żadnej damie nie stanie się krzywda. Cała pięćdziesiątka wrogich shinobi skupiła się na mnie. Wiedzieli, z kim mają do czynienia i ja miałem tego świadomość. Połowie z nich trzęsły się kolana na mój widok, a jednak stali prosto i mierzyli do mnie ze swoich mieczy. Wykonałem krok, a wtedy
– Wystarczy – przerwałem mu, zdając sobie sprawę z tego, że jeśli Shikamaru będzie to dłużej czytał, to nie damy rady się od tego oderwać. To była dopiero piąta strona zamieszczonego raportu, a było ich trzydzieści.
– Trzeba przyznać, że dzieciak ma talent – oznajmił, przewracając kolejne kartki. W pewnym momencie zagwizdał, oblewając się delikatnym rumieńcem. – I jak na trzynastolatka, to jest dosyć dobrze wyedukowany.
– Mam tego świadomość. I jeśli kiedyś zdecyduje się wydać książkę, to chętnie przeczytam. Ale na razie marnuje tylko mój czas. Wezwij go, chyba czeka nas kolejna rozmowa.
Shikamaru potaknął, odkładając raport na bok, chociaż wyraźnie uciekał mu wzrok w stronę kolejnych kartek. Pamiętam, z jakimi wypiekami na twarzy czytałem pierwszy tekst, który dostałem od tego dzieciaka. I nie miało znaczenia, że zbliżenie, które opisywał, miało miejsce pomiędzy kobietą, a mężczyzną. Dzieciak miał talent, który potrafiłem docenić wtedy, później i… jeszcze pewnie z pięć razy, ale ileż można?
– Zajmij się Uchihą, okej?
– Okej, wyślę go na to… – Zmarszczył brwi, przeglądając zgłoszenie.
– Tak, właśnie tam. – Machnąłem ręką, chcąc, by już wyszedł, ale znowu się zaczytał. Tym razem nie w tym pornolu, ale wydawał się równie zaintrygowany.
– Przejrzałeś to chociaż?
– Tak trochę – westchnąłem. – Poradzi sobie, nie?
Zanim odpowiedział, zawiesił na mnie wzrok. Co było, do cholery, nie tak z tym zadaniem? Ranga B, coś o jakichś przemytnikach. Nic, z czym Uchiha mógłby mieć jakiekolwiek problemy.
– Poradzi – odparł po dłuższej chwili nieco bez przekonania i opuścił mój gabinet.

***

Ze zniecierpliwieniem wpatrywałem się we wskazówki zegara, mając świadomość, że już za kilka godzin czeka weekend. I nie miało znaczenia, że piastując stanowisko Hokage, nie miałem wolnego ani w soboty, ani w niedziele. Odprężał mnie już sam fakt, że ten weekend gdzieś tam dla kogoś był. Siedziałem sobie jakiś taki bardziej zrelaksowany, udając, że jestem na wczasach. Shikamaru też traktował mnie bardziej pobłażliwie, pozwalając mi od czasu do czasu się zdrzemnąć albo zrobić sobie dłuższą przerwę i skoczyć na porządny ramen, a nie tylko ten w kubeczku. W pracy, czy poza nią – soboty i tak jawiły się zdecydowanie przyjemniej niż pozostałe dni tygodnia.
– Proszę! – krzyknąłem od niechcenia, kiedy rozległo się nieśmiałe pukanie do drzwi. Zgodnie z moimi przypuszczeniami, w progu pojawił się Kazuo. – Domyślasz się pewnie, dlaczego cię wezwałem?
Dzieciak pokręcił energicznie głową, nie mając odwagi nawet na mnie spojrzeć. Zawsze się zastanawiałem, co siedzi w jego głowie. Z pozoru nieśmiały nastolatek, z zachowania bardzo przypominający mi Hinatę, a w środku taki mały, zboczony diabełek. Gdyby nie to, że znałem jego charakter pisma, nigdy bym nie pomyślał, że to on jest autorem tych erotycznych raportów.
Gestem wskazałem mu krzesło naprzeciw i poprosiłem, by usiadł. Zacisnął dłonie w piąstki i spuścił głowę w taki sposób, żeby włosy w całości przysłoniły mu twarz.
– Pierwsza kwestia, zobaczmy… przysunąłem sobie jego raport, uważnie śledząc tekst. – Panna Ayako, nie pani. I nie miała wcale dużego biustu.
Chłopak drgnął. Podniósł nieśmiało głowę, spoglądając na mnie spod rzęs.
– I zostań już w tej pozycji. – Kiwnąłem głową w jego kierunku. Kazuo zamarł, chociaż po panice w jego oczach wyraźnie widziałem, że wolałby zapaść się pod ziemię. – Dlaczego to właśnie ty, a nie twój sensei, sporządziłeś raport?
– Ja go miałem tylko dostarczyć…
– Więc gdzie on jest? Ten prawdziwy?
Drgnął, a następnie wsunął dłoń pod materiał obszernej bluzy i wyjął zwitek papieru. Położył na samym rogu biurka i czekał. Pobieżnie przejrzałem oryginał i westchnąłem. Co ja miałem zrobić z tym dzieciakiem? Im dłużej byłem Hokage, tym lepiej rozumiałem, że ten tytuł to nie tylko brawurowe walki w obronie wioski, ale też zmaganie się z nawet najdrobniejszymi problemami w jej obrzeżu. W tym przypadku – z młodocianymi zboczeńcami z jakimś rozdwojeniem jaźni. Nie mogłem tak po prostu zignorować tego chłopaka. Sam w swoim życiu przeżywałem bardzo trudny czas i gdyby ludzie traktowali mnie wtedy jak powietrze, nie byłbym tym, kim dziś jestem.
– Chcesz o tym… porozmawiać?
W oko sobie mogłem wsadzić taką pomoc. Chłopak pokręcił głową, wciąż patrząc na mnie spod częściowo pochylonej głowy. Dokładnie w takiej pozycji, w jakiej kazałem mu pozostać.
– Wiesz, to tak działa, że w pewnym wieku chłopcy zaczynają się interesować dziewczynami, ale…
Zamilkłem. Poniekąd dlatego, że właściwie nie miałem pojęcia, co chciałem powiedzieć, jednak bardziej z powodu tego, że w tej właśnie chwili Uchiha wpadł do mojego gabinetu, jakby wchodził do siebie.
– Nie przeszkadzaj sobie, kontynuuj – zachęcił, choć wyraz jego twarzy nie szedł w parze ze słowami.
– Uchiha, jestem zajęty, wyjdź.
Ton mojego głosu nie podziałał jednak na Sasuke, a na chłopca, który wzdrygnął się na krześle.
– Od kiedy to w obowiązkach Hokage leży edukacja seksualna? Przyszedłem pomówić o mojej misji. Priorytety, Uzumaki.
Miałem ochotę wyrzucić go za drzwi. Naprawdę, wziąć za frak i postarać się, żeby upadając, porządnie obił sobie tyłek. Albo sam mogłem mu go zdewastować. Zerknąłem kątem oka na Kazuo, który wyglądał już na tak zastraszonego, że niemal przestał oddychać. Odstawię szopkę, wywalę Uchihę i… co? Niczego nie uda mi się wyciągnąć z tego chłopaka, jeśli będzie się mnie bał.
– Kazuo, możemy dokończyć tę rozmowę innym razem? – Uśmiechnąłem się do niego przez zaciśnięte zęby, żeby trochę rozładować napięcie, ale chyba mi nie wyszło.
Chłopak skinął głową, ukłonił się i czym prędzej opuścił gabinet. Wyglądał, jakby miał lada moment zlać się w spodnie. Kurwa, aż tak źle było?
– Molestujesz tego dzieciaka?
Zamrugałem zaskoczony. Sasuke przysiadł na rogu biurka, przyglądając się przed chwilą zamkniętym drzwiom.
– Pojebało cię?
– To co żeś mu zrobił? Wyglądał jak ofiara gwałtu.
– Skąd ty, u licha, wiesz, jak wyglądają takie ofiary? – Zmarszczyłem brwi. – Dzieciak ma problem, wszystko zepsułeś!
– Życie. – Wzruszył ramionami. – Każdy jakieś ma. A ty dorobisz się ich naprawdę wielu, jeśli zaczniesz teraz każdemu gówniarzowi tłumaczyć, co to jest penis i do czego powinien go używać.
Miałem dylemat. Dać mu w zęby, czy zademonstrować, co ja mogę zrobić ze swoim? Mógłbym mu wyjaśnić, do czego służy dupa. Zamiast tego odnalazłem na biurku raport sporządzony przez małego i podsunąłem Sasuke pod nos. Niech przeczyta, niech sam się przekona!
Shikamaru się rumienił, ja bywałem zażenowany, ale Uchiha to wyglądał wręcz na zadowolonego, kiedy śledził litery wzrokiem. W pewnym momencie nawet parsknął śmiechem, a potem oddał mi kartki.
– Teraz rozumiem, młotku. Miałeś nadzieję, że to on ci wytłumaczy, jak to działa.
– No przecież nie zostawię dzieciaka samego, skoro najwyraźniej ma jakiś problem, nie?
– Dlaczego nie?
– Przecież…
– No co? – Przerwał mi, wyraźnie podnosząc głos. – To zwykły dorastający gówniarz. No nie mów, że tym masz teraz zamiar się zajmować? Trzeba było nie zostawać Hokage, tylko przyłączyć się do jakiejś pierdolonej organizacji charytatywnej, niańczyć sieroty, umysłowo chorych i pokrzywdzonych przez los. Wiesz, jaka odpowiedzialność spoczywa na twoich barkach? Przestań się cackać z motłochem i zacznij zajmować tym, czym powinieneś.
Spoglądałem na jego gniewne oczy i zmarszczkę, która pojawiła się na czole, i zastanowiłem się, co się stało z tym chłopcem, który w wieku zaledwie ośmiu lat stracił całą rodzinę i został sam ze swoimi myślami. Czy gdyby to wszystko przydarzyło się teraz, gdyby znowu był dzieckiem, które straciło wszystko, też wzgardziłby moją pomocą i prychnął z pogardą?
– Te dzieciaki, to przyszłość wioski. Mówię to tak na wypadek, gdybyś nie zauważył – odparłem zimno. – Po co przyszedłeś? Konkrety.
– Byłem ciekaw, czy ktoś tu jeszcze pracuje, czy po prostu rzucacie zainteresowanym aktami misji w twarz, licząc na to, że sami zapoznają się ze szczegółami.
– A co, czytać nie umiesz? – burknąłem.
Jasna sprawa, Uchiha był pojętny, więc Shikamaru wolał zarzucić go papierkową robotą niż samemu cokolwiek mu tłumaczyć. W gruncie rzeczy, to nie musiał, ja w końcu byłem Hokage.
Sasuke nie odpowiedział. Jego milczenie było wystarczająco wymowne, bym wyjął mu papiery z rąk i sam przyjrzał im się nieco bliżej.
– Tropisz grupę, zajmującą się nielegalnym przemytem… i tutaj mamy pierwszą niewiadomą, bo nie uzyskaliśmy informacji, co tak właściwie przemycają. Nie mamy pewności, czy w ogóle są shinobi, dlatego mimo wszystko lepiej uważaj. Najważniejszy jest towar, może być również niebezpieczny. – Bla, bla, bla. W dwóch zdaniach streściłem trzy strony zapisane małym druczkiem. Pominąłem coś? – Łapiesz drani, przechwytujesz towar i wracasz.
Uniosłem brew. Chyba zaczynałem rozumieć, dlaczego Shikamaru tak dopytywał, czy aby na pewno chce to zadanie zlecić właśnie draniowi. On się nie nadawał do takich misji. Potrafił sprawiać ból, potrafił zabijać, ale nie był w stanie…
– Żywych?
…przyprowadzić mi tych ludzi w jednym kawałku.
– Żywych. Kręcą się gdzieś na granicy między nami a Krajem Deszczu. Może to jacyś desperaci z Ame, zresztą nieważne. Pięć dni powinno ci w zupełności wystarczyć.
– Wrócę za dwa.
Wzruszyłem ramionami i odłożyłem przeglądane kartki na blat. Klamka zapadła, nie miałem już wyboru. Sasuke przyglądał mi się w oczekiwaniu, ale nie miałem już nic więcej do powiedzenia. Co, gdybym jednak zmienił zdanie? Wydawało mi się, że właśnie na to czekał. Stał i patrzył, jakby sam wątpił w to, co kazałem mu zrobić. Powierzyłem w jego ręce ludzkie życie. Czy byłem pewien, że ufam mu wystarczająco?
Kiedy milczałem nieco dłużej, skinął głową i skierował się do drzwi.
– Możesz już zacząć szukać mi czegoś ciekawszego. Za dwa dni chcę mieć gotowe kolejne zadanie.
– Nie spiesz się tak. I baw się dobrze!
Uchiha w odpowiedzi tylko trzasnął drzwiami. Machnąłem ręką na jego zachowanie. Co jak co, ale słów: Ty również, kocham cię, pa! raczej się nie spodziewałem. Zwłaszcza tej środkowej części. Ciarki przeszły mi po plecach na samą myśl, że coś takiego mogłoby wyjść z jego ust. Jak miałbym zareagować? Brzmiało to, jak kwestia z najgorszego koszmaru.
Chciałem wrócić do pracy, ale zdałem sobie sprawę, że chyba nic z tego. Przez jedną myśl, jedno głupie słowo – choć właściwie dwa – ja już byłem zdekoncentrowany i niezdolny do czegokolwiek. Przewalałem papierki, podpisałem te wymagające natychmiastowej interwencji, ale na nic więcej nie było mnie stać. Zamiast zapoznawać się z propozycjami nowych szlaków handlowych, gapiłem się za okno. A widok o tej porze był – zaprawdę powiadam wam – fascynujący.
Słońce chyliło się ku zachodowi. Prawdopodobnie. Przynajmniej wyobrażałem sobie, że gdzieś tam za tymi szarymi chmurami bez wyrazu kontynuowało swoją wędrówkę. Spojrzałem na zegarek. Piętnasta. Powinienem popracować jeszcze kilka godzin i dopiero wtedy ogłosić fajrant, ale dziś przecież nie spieszyło mi się do domu. Dziś nikt w nim na mnie nie czekał.
Wróciłem do pracy. Ale tylko pozornie, bo mój zapał drastycznie spadł, a ja nawet nie potrafiłem stwierdzić dlaczego. Co ja chciałem zrobić ze swoim życiem?
Shikamaru zajrzał do mnie po paru minutach, jakby miał jakiś radar czy coś takiego, co powiedziało mu, że należy mnie niezwłocznie skontrolować. I miał rację. Westchnął, zauważając moje rozkojarzenie i stanął nade mną jak ojciec, którego nie miałem.
– Czyżbyś zrobił już wszystko, co miałeś na dziś zaplanowane?
Podniosłem wzrok znad brudnopisu, na którym kończyłem właśnie trzecią partyjkę gry w kółko i krzyżyk. Granie z samym sobą to jednak żadna frajda. Czy powinienem więc zaproponować mu, by się przyłączył? Raczej nie.
– Przerwę mam.
– Już?
– No… próbuję oczyścić umysł.
– Naruto…
Machnąłem ręką. Chciałbym mu to wytłumaczyć, ale nie potrafiłem tego objaśnić nawet samemu sobie. Coś w mojej minie musiało jednak na niego zadziałać, bo westchnął z rezygnacją i powiedział:
– Niech stracę. Zrób sobie wolny wieczór. Ale jutro oczekuję od ciebie dwustu procent wydajności.
Przytaknąłem, choć wcale nie powinienem. To ani trochę nie brzmiało dobrze i gdybym potrafił myśleć przyszłościowo, w życiu bym się na to nie zgodził. Jeden wieczór lenistwa, tydzień zapieprzania. Bo pewnie właśnie to kryło się pod słowem jutro. Wysoka cena. Bardzo wysoka.
A jednak ruszyłem z miejsca.
Na początku zdecydowałem się na spacer. Choć nie było jeszcze czwartej, po słońcu nie było już ani śladu – uroki zimy. Szkoda, że nie raczyła pokazać się z innej, lepszej strony, na przykład serwując odrobinę śniegu. Dzieciaki byłyby wniebowzięte, gdyby mogły wyjść na sanki, polepić bałwany, zrobić bitwę na śnieżki. Na przykład te z domu dziecka, one potrafiły cieszyć się każdą, nawet najdrobniejszą rzeczą.
Zatrzymałem się na przy placu zabaw, przypominając sobie, że kiedy sam miałem pięć, sześć lat i rówieśnicy nie chcieli się ze mną bawić, ja i tak zmuszałem ich do tego. Byłem jednoosobową armią. Sam przeciw dziesięciu, a po każdym takim starciu, wyglądałem jak bałwan. Śnieg miałem wszędzie, za koszulką, w spodniach. Każdy inny dzieciak dawno by się rozchorował, ale mnie nigdy nic nie złapało.
Dopiero później dowiedziałem się dlaczego.
Wtedy zawsze wszyscy byli przeciwko mnie, nikt nie wyciągnął do mnie przyjaznej ręki, nikt nie bawił się ze mną dlatego, że chciał, lecz dlatego, że musiał. Nauczyciele w Akademii nie byli lepsi. Udawali, że traktują mnie tak samo, jak pozostałych, ale w tym tak samo, dużo było rozbieżności i inności. Stanowczo zbyt długo czułem się samotny. Zbyt długo.
Kiedy z nieba zaczął siąpić deszcz, cofnąłem się w stronę centrum. Zaburczało mi w brzuchu, przypominając mi, że byłem głodny. Dokąd więc mogłem pójść? Dokąd mógł zaprowadzić mnie żołądek? Ichiraku wyrosło na mojej drodze, zanim zdołałem się zorientować. Trafiłbym tu z zamkniętymi oczami i związanymi nogami, słowo daję.
Zamówiłem sobie ramen i choć początkowo zamierzałem zjeść go w towarzystwie pana Teuchiego, gawędząc o starych dobrych czasach, zupełnie nieoczekiwanie – zaskakując zarówno siebie, jak i jego – poprosiłem o opakowanie na wynos i wróciłem do mieszkania. Nie wiedziałem, co mnie tak do niego goniło, ale kiedy już znalazłem się w środku, poczułem lekkie rozczarowanie. Tak jak się spodziewałem – było pusto.
Wpakowałem się w butach do wyra, po drodze chwytając jeszcze pałeczki. Po ostatniej wspólnej nocy na złość draniowi nie zmieniłem jeszcze pościeli, ale teraz siedząc koło zaschniętej białej plamy, poczułem się trochę nieswojo. Będę miał łóżko tylko dla siebie przez najbliższe dwa dni, nie było sensu, bym to siebie karał.
– Zmienię ją akurat, kiedy cię nie ma, draniu – oznajmiłem bardzo z siebie zadowolony. – A za dwa dni wrócisz i znowu ją wybrudzimy.
Uśmiechnąłem się do swoich myśli i nawet nie zarejestrowałem, kiedy upuściłem trochę makaronu na kołdrę. Tłusta plama od gorącego bulionu szybko się powiększyła, a ja przypomniałem sobie, że kiedy po raz ostatni jadłem w łóżku i zabrudziłem pościel, tłuszcz nie chciał się później wywabić. Mnie to specjalnie nie przeszkadzało, ale draniowi tak i przy pierwszej możliwej okazji puścił moją ulubioną poszwę z dymem. Tak jakby ten jeden ciemny ślad miał jakiekolwiek znaczenie.
Odłożyłem pałeczki i z westchnieniem irytacji podniosłem się z materaca. Sasuke prześladował mnie nawet wtedy, gdy go nie było. Poszewkę wrzuciłem do miski, zalałem pierwszym chemicznym środkiem, który wpadł mi w ręce i wróciłem do jedzenia.
Ramen nieco ostygł, a jedzenie w pustym łóżku nie było tak fajne, jak mi się wydawało. W pokoju nie paliło się światło, a ja nie lubiłem ciemności. Było chłodno, a ja nie miałem czym się przykryć. No i było cicho, a ja…
– Chrzanić to.
Z niesmakiem odłożyłem do połowy opróżniony kubełek na szafkę.
Skoro nie potrafiłem nawet delektować się samotnością, nie pozostawało mi nic innego, jak wrócić do pracy.

***

Noc minęła mi na podpisywaniu papierków w rytmie muzyki. Słuchawki w uszach, żywa melodia, podśpiewywanie pod nosem, raz cichsze, raz głośniejsze. Na szczęście nikt nie mógł mnie usłyszeć. Nikogo nie zabiło moje wycie, nikt nie ogłuchł ani nie popadł przez nie w obłęd. Gibałem się w wygodnym fotelu, raz na jakiś czas podbierając czekoladowe ciasteczka z zapasów przemiłej pani Tamaki, która piekła je specjalnie dla gości, których miewałem dość często. Jednak teraz to ja byłem gościem. Nocnym gościem we własnym gabinecie.

***

– Naruto.
Kto z takim uczuciem wymawiał moje imię? W kim było tyle pasji, tyle zaangażowania?
– Naruto!
To mogła być tylko jedna osoba. Tylko ta jedna, jedyna, na którą działałem w taki sposób. Która nie potrafiła mi się oprzeć.
– NARUTO!
Drgnąłem. Shikamaru stał nade mną i z rezygnacją kręcił głową. Jęknąłem. Gdzie był Uchiha? Byłem pewien, że to jego głos słyszałem. Mówił coś do mnie, a potem zaczął krzyczeć, jak to on. Udawał zimnego drania, ale temperament miał ognisty i elektryzujący.
Zupełnie, jakbyśmy mówili właśnie o jego chakrze.
– Rany… pali się, czy co? Martwego byś obudził tym wrzaskiem.
Nara skrzywił się, zakładając ręce na piersi.
– Żywego ledwo dobudziłem.
Spojrzałem na niego z wyrzutem, a potem ziewnąłem i przetarłem powieki. Nie wiedzieć czemu, spałem nie w swoim łóżku, a w gabinecie. Ze stosu papierków zrobiłem sobie poduszkę i byłem pewien, że jakiś fragment druku odbił się na mojej twarzy. I to zapewne najgłupszy z najgłupszych fragmentów. Zawsze tak było. Miałem szczęście do takich sytuacji.
Rozmasowałem policzek, mając nadzieję, że wystarczająco rozmazałem wyimaginowany tusz.
– Trzecia noc z rzędu w biurze? Nie poznaję cię.
Spojrzałem na niego z niechęcią. Jak nie pracowałem, to narzekał, a jak zacząłem, to też narzekał. A dlaczego ja właściwie pracowałem w środku nocy? Na to pytanie sam chciałbym znać odpowiedź.
Machnąłem ręką.
– Nie męcz mnie już i wpuść go.
Shikamaru uniósł brew, ale nie ruszył się ani o milimetr. Nie, żebym mierzył, tak się po prostu mówiło. A może to był centymetr? W każdym razie stał wciąż w miejscu, jak słup. Albo kamienny posąg. I tylko oddychanie go od niego odróżniało. Czy coś.
– Kogo?
Westchnąłem z lekkim rozdrażnieniem. Miałem ochotę z powrotem położyć się na biurku i pospać kilka kolejnych godzin, zamiast odpowiadać na głupie pytania. Zmęczony byłem, a spanie na drewnianym blacie nie należało do specjalnie regenerujących. Nawet jeśli leżało się na pozornie wygodniejszych papierkach. Kartki też robiło się przecież z drewna.
–No Sasuke, a kogo – odburknąłem.
– Sasuke?
Przewróciłem oczami.
– Sasuke jest za drzwiami, prawda? Słyszałem go.
Nara wyglądał, jakby kosmitów zobaczył. A przecież ja tylko pytałem o Sasuke.
O Sasuke, a nie o statek kosmiczny.
– Uchiha jest na misji. Przesłyszałeś się.
– Mhm – odburknąłem, nie do końca przekonany. Słyszałem przecież jego krzyk. Bardzo, bardzo wyraźnie. A skoro słyszałem, to z całą pewnością krzyczał.
Nie wiedząc właściwie, dlaczego mu nie wierzę, podszedłem do drzwi i zamaszystym ruchem pociągnąłem za klamkę. Pusto. Rozejrzałem się po korytarzu, ale z wyjątkiem starszej pani, która zamiatała przy drzwiach wyjściowych, nikogo nie zauważyłem. Kusiło mnie, by podejść do niej i spytać: Przepraszam, widziała pani może tego drania, Sasuke? Wydzierał się gdzieś tutaj przed chwilą, jestem pewien. A gdyby spytała, jak wygląda, odrzekłbym: Metr osiemdziesiąt, czyli wcale nie wyższy niż ja, arystokratyczna gęba i przeszywające ­– raz czarne, raz czerwone – spojrzenie. Był tutaj, prawda?
Ale tego nie zrobiłem, bo coś innego przyszło mi nagle do głowy. No bo… jaki był właściwie dzień tygodnia? Zerknąłem na zegarek. Dłuższą chwilę zajęło mi uzmysłowienie sobie, że z niego raczej nie odczytam daty. Co zaś mówił kalendarz?
Wszedłem z powrotem do gabinetu i spojrzałem na dzisiejszą datę. Raz, dwa, trzy. Przesuwałem palcem po liczbach, cofając się wstecz. No bo przecież nie do przodu.
– Spóźnia się – zauważyłem z niemałym zdziwieniem. – Kończy się weekend.
Shikamaru westchnął.
– Dałeś mu pięć dni na to zadanie, minęły dwa. Czy możemy już przejść do rzeczy? – Myślałem, że zadał to pytanie, bo oczekiwał odpowiedzi, ale nie dał mi dojść do słowa. – Śpisz w godzinach pracy, a ja pragnę ci przypomnieć, że czas ucieka. Starszyzna spodziewa się, że zakończysz wszystkie zaplanowane na ten rok projekty i tuż po nowym roku zdasz im sprawozdanie z efektów. A ja pragnę ci przypomnieć, Naruto, że z tym jesteśmy na razie w dupie. Przestań zajmować się Uchihą i weź się do roboty. O cokolwiek się założyliście, na napawanie się zwycięstwem przyjdzie czas później.
Nie odpowiedziałem. Bo czy na pewno chodziło właśnie o wygrany zakład? Z jednej strony uśmiech sam cisnął mi się na usta i byłem pewien, że kiedy Uchiha stanie w moim progu, wyśmieję go i porównam do nierozgarniętego genina, którym nie był, ale w czym to przeszkadzało, z drugiej zaś… coś mi nie dawało spokoju.
Przeczucie, w które nie wierzyłem, intuicja, której nie miałem.
Pokręciłem głową. Pewnie Shikamaru miał jednak rację. To w końcu on w naszym duecie miał mózg. To on wiedział, do czego służy.
Westchnąłem i opadłem z powrotem na fotel. Zazwyczaj wydawał mi się wygodny, ale po spędzeniu w nim trzeciej nocy…
– To co takiego mamy w planach?
Nara zajął miejsce naprzeciw mnie i wyjął z torby pokaźnych rozmiarów teczkę. Jęknąłem. Nie potrafiłem inaczej. Zapowiadał się naprawdę długi, długi dzień.

***

Kiedy rozpoczynała się czwarta doba nieobecności Sasuke, wszystko się zmieniło. Już poprzedniego dnia praca szła mi mniej wydajnie, a myśli uciekały gdzieś hen, hen, daleko. Bałem się, jak będzie dziś, więc zrobiłem sobie przerwę. Krótką, ale ważną.
Krótką i ważną przerwę przed pracą, która trwała już niemal godzinę.
Stojąc na lekko zapuszczonym polu treningowym, wyciągnąłem przed siebie dłoń i dotknąłem podniszczonego drewnianego pieńka. To w tym dokładnie miejscu zrodziła się Drużyna Siódma. W tym miejscu zawiązaliśmy pierwszą współpracę i udowodniliśmy nie tylko Kakashiemu, ale i sobie, że potrafimy. I że stać nas na wiele.
Uśmiechnąłem się mimowolnie, przypominając sobie, że pierwszy krok wykonał Sasuke. On zdecydował się zaryzykować, proponując nam współpracę. Zadziwiające, jeśli pomyśleć, co działo się między naszą trójką później. Jednak w tamtej chwili, to Sasuke był ogniwem, które nas połączyło. On umożliwił nam zdanie testu z dzwoneczkami i to dzięki niemu zostaliśmy geninami. Sakurze brakowało pewności siebie, mnie rozumu i umiejętności, więc Sasuke był tą osobą, która objęła przywództwo. I sprawdził się w tej roli rewelacyjnie. Choć nigdy – zarówno dzisiaj, jak i wtedy – nie przyznałbym tego głośno.
Nigdy mu też za to nie podziękowaliśmy. Zresztą jemu nie były potrzebne słowa i może trochę świadomie, a trochę nie, staraliśmy się w zamian zapewnić mu wsparcie. Szkoda, że nieskutecznie. Kiedy Sasuke odszedł, wiele spraw się posypało. I nigdy, choćby na krótką chwilę, nie staliśmy się już Drużyną Siódmą.
Powierzchnia pieńka była gładsza, niż zapamiętałem. Cholera wie, co się z takim dzieje po latach, może deszcze i śniegi go tak wyszlifowały? Nie znałem się na tym. Nie potrafiłem jednak przestać go dotykać. Miziać, macać, jak kto woli. Jakby dzięki temu czas mógł się cofnąć. Albo jakbym ja zyskał moc zauważania szczegółów, które zawsze mi umykały.
A byłem pewien, że takowych było sporo.
Nadszedł czas, by wracać. Oczyma wyobraźni widziałem już irytację Shikamaru. Chciałbym mu wszystko wytłumaczyć. Chciałbym podzielić się swoimi obawami, ale… nie potrafiłem znaleźć słów. Wszystko było zbyt świeże, choć wcale nie nowe. Znajome, lecz zupełnie niejasne.
Miałem mętlik.
I tylko jednego byłem w tym momencie pewien – coś było nie tak.

3 komentarze:

  1. Może i pojawił się później ale jest i to jaki - zawsze się cieszę z takich dobrych rozdziałów.
    Akcja z Kazuo ubawiła mnie bardzo. Czy to rozdwojenie jaźni czy wielka nieśmiałość z potrzebą wyrażenie siebie zaowocowało tymi raportami - nawet jeśli nie zrobi kariery jako ninja to jako pisarz na pewno, tylko niech pójdzie na jakiś kurs kreatywnego pisania, dobierze sobie pseudonim i weźmie się do pracy. Poważna rozmowa uświadamiająca jest mu potrzebna bo przy jego charakterze istnieje szansa, że skończy jako podglądacz.
    Widać tu, że Uchiha jest człowiekiem twardym i nie roztkliwiającym się nad sobą a co dopiero nad innymi. Czuć t dlaczego dobrano go w drużynę z Naruto - on ze względu na umiejętności a Naruto ze względu na przyjazdny stosunek do ludzi(bez niego poradziłby sobie w walkach ale za to ranił by ludzi zimnem i obojętnością, on się niezbyt zmienił pod względem charakteru ale teraz wykonuje misje osobno i z pewnością dostaje takie polegające głównie na pokonaniu przeciwnika. Nudzi się teraz bo w czasach pokoju mało która misja byłaby dla niego wyzwaniem. I myślę, że w pewnym sensie ma rację - Naruto marzył o byciu Hokage od zawsze i będzie się z całych sił starać się chronić i pomagać mieszkańcom wioski ale najwięcej szczęścia i satysfakcji sprawia mu praca charytatywna i gdyby nie jego marzenie to pewnie tym by się zajmował w przerwach między misjami.
    Dłuższa nieobecność Sasuke jest niepokojąca i nie mogę się doczekać dalszej akcji(nic dziwnego, że się Naruto nie pokoi) i tego co się stało z Sakurą.
    Pozdrawiam, Mei

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam!
      Trochę się zastanawiałam, co właściwie mogę odpisać na Twój komentarz. Poruszasz kwestie, na temat których chętnie bym się wypowiedziała, ale nie mogę, żeby niczego nie zdradzić i nie zepsuć zabawy dalszym czytaniem :-)
      Co do Naruto masz jednak zupełną rację - zostanie Hokage było jego marzeniem, ale jego prawdziwym celem zawsze było pomaganie ludziom, zwłaszcza tym, którzy najbardziej tego potrzebują. Niestety to czasem - choć stosunkowo rzadko - mija się z zadaniami, które ma przed sobą Hokage.
      A co z Sasuke? O tym już wkrótce, choć jeszcze nie w najbliższym rozdziale :-)
      Dziękuję za komentarz!

      Usuń