29 lipca 2018

01. Zaczynało się od lekkiego drgnięcia kącików ust

Witam!
Obiecałam, więc wrzucam dziś pierwszy rozdział, choć właściwie nie powinnam tego jeszcze robić. Ogrom tego wszystkiego mnie przerósł. Myślałam, że zdążę to wszystko na spokojnie przejrzeć, ale się nie udało. W dodatku jak widzę, ile jeszcze poprawek mnie czeka, to zaczyna mnie boleć głowa, ale niech już będzie. Być może świadomość, że coś już wisi na blogu, zmobilizuje mnie do dalszej pracy nad tekstem :-). Niestety nie doczekał się on jeszcze żadnego tytułu. Mam jednak nadzieję, że wkrótce jakiś się znajdzie.
Kiedy kolejny rozdział? Planowałam wrzucać systematycznie co dwa tygodnie, ale w tej chwili nie mogę tego obiecać. Wstępnie możemy się tak umówić, ale jak będzie, to się zobaczy.
Życzę miłego czytania!

_____________________________________________________________


Czasem – i to zdecydowanie zbyt często – odnosiłem wrażenie, że moja praca zmawiała się przeciwko mnie. Dokumenty znikały w niewyjaśnionych okolicznościach, długopis zawodził, a kartonik z zupką instant wylewał się na te obarczone najwyższym priorytetem. Ale jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się, by te dziadowskie papiery zaczynały uciekać, kiedy wyciągałem po nie rękę.
Początkowo wszystko wyglądało jak zawsze. Siedziałem przy biurku w SWOIM, tak, w S W O I M gabinecie, próbując coś dostrzec znad sterty dokumentów, które same – jak natrętne chwasty – wyrastały na solidnym drewnianym blacie. Nikt nie wchodził ani nikt nie wychodził, bo w pomieszczeniu byłem tylko ja i te cholerne dowcipkujące papiery. Stos rósł, sam chciałbym wiedzieć dlaczego. I zapewne spytałbym kogoś, czemu tak się działo, ale nikogo przecież w pobliżu nie było, prawda? Wypowiedziałem więc to pytanie na głos, ale wcale nie poczułem się mądrzejszy, a odpowiedź nie zmaterializowała się tuż obok. Bywało, że wyrażenie problemu magicznym trafem pomagało mi znaleźć rozwiązanie, ale najwyraźniej to nie był akurat taki przypadek.
Przerwałem rozmyślania i wróciłem do pracy, ponieważ papierzyska rosły. Czort wie, może się po prostu rozmnażały? Drzewa tak przecież robiły. Płciowo czy bez, to nie miało w tej chwili znaczenia. Drzewka się mnożą, papier powstaje z drzewek, więc może i dokumenty miały jakąś taką moc, o której nikt do tej pory nie wiedział, bo nie musiał spędzać całego dnia na obserwowaniu bajzlu, który samoistnie tworzyły. Była jedna karteluszka, a są trzy. Żeby to były chociaż trzy identyczne, to bym jedną podpisał, a pozostałe odrzucił, ale nie. Na każdej było coś innego i wypadało, żebym to najpierw przeczytał, zanim maznę autograf. Już raz straciłem cierpliwość i podpisałem wszystko, jak leci, a potem przyszło mi się gęsto tłumaczyć. A pomyślałby ktoś, że Hokage już nie ma przed kim. Otóż zawsze znajdzie się ktoś postawiony wyżej. A w przypadku bezmyślnego Hokage, to nawet ci niżej zaczynają mieć głos, a to już zupełnie nie jest miłe.
Starając się ignorować rosnące wciąż stosy, skupiłem całą swoją uwagę na przejrzeniu każdego kolejnego dokumentu. To nic, że kątem oka widziałem, jak te wszystkie dokumenty się ze mnie śmieją i pieprzą na moich oczach. To nic, że słyszałem ich jęki i byłem w stanie rozpoznać pozycje. To nic, że… czytałem trzeci raz to samo zdanie!
– Czemu tu nie ma rubryczki Abstract?!
W odpowiedzi usłyszałem tylko wredny chichot papierzysk pieprzących się teraz już pod samym moim nosem. To była myśl! Zarządzę, by od dziś każdy dokument do podpisania miał na górze kilkuzdaniowe streszczenie. To by znacznie uprościło robotę.
– I z czego rżycie, co?
Wniosek o przeniesienie z ANBU spojrzał na mnie z politowaniem i pokazał mi środkowy palec, którego w sumie nie miał.
I nie, nie zastanowiło mnie to w ogóle. O tym, że śnię, zorientowałem się dopiero później, kiedy papiery wiły się pod moim dotykiem i rozkładały nogi, pojękując cicho. I zanim zdołałem przyprawić je o orgazm jednym, szybkim pociągnięciem pióra, wyrywały się spod moich dłoni i gnały po całym gabinecie, bawiąc się ze mną w berka. I jedno musiałem przyznać – były seksowne w tym, co robiły. Wypinały nieistniejące pośladki, wsuwały w sobie palce i wyginały sylwetki w malownicze łuki. A akurat papier miał nieograniczone możliwości pod tym kątem. Czekałem tylko, aż zaczną się zgniatać i imitować kulki analne, ale na szczęście tego mój chory umysł postanowił mi oszczędzić.
– Chyba miałeś przyjemny sen, co, młocie?
Zamrugałem. Plamy na suficie, pomarańczowa poszwa na kołdrę skołtuniona w większości w nogach łóżka, do połowy zasłonięta, granatowa roleta. Byłem w domu.
Odwróciłem się na bok, dostrzegając rozrzucone po poduszce czarne kudły. I chociaż Sasuke leżał z twarzą wciśniętą w poduszkę, nie miałem problemu ze zrozumieniem słów. Tak samo, jak nie miałem problemu z wyłapaniem kpiącego tonu.
Westchnąłem, darując sobie udzielanie odpowiedzi. Sen nie był przyjemny, w żadnym razie, ale chyba mój penis uważał nieco inaczej, bo starczał dumnie wyprostowany. Skąd Uchiha o tym wiedział? Nie miałem pojęcia. Noc była parna, więc nie przykrywaliśmy się po same szyje, ale strategiczne miejsca były bezpiecznie ukryte pod kołdrą. A szkoda, bo blady tyłek Sasuke był właśnie tym, na co miałbym się ochotę pogapić tuż po obudzeniu.
– Jęczałeś, że od kulek wolisz drugiego kutasa.
Dupek jak zawsze czytał mi w myślach.
– Bo wolę.
Uchiha podniósł się na łokciach i odgarnął włosy z czoła. Pomimo absolutnej ciemności, dostrzegłem zainteresowanie w jego oczach. Zerwał z nas kołdrę i na czworaka zbliżył się do mojego penisa.
– A wiesz… – zacząłem, przełykając ślinę – że jeszcze bardziej wolałbym…
– Wiem – przerwał mi.
Cholerny, znowu czytał mi w myślach. Ustawił się tak, żebym miał doskonały widok na jego poczynania i włożył moją pałę do ust. Naprędce naśliniłem trzy palce i zanurkowałem pomiędzy swoje pośladki, starając się ignorować jego kpiące spojrzenie. On naprawdę nie musiał nic mówić. Teraz to ja siedziałem w jego głowie, a raczej… w jego ustach. Przy pierwszym nawet nie drgnąłem, nawet się nie zawahałem. Przy drugim spiąłem się lekko, a Sasuke widząc to, mocniej zacisnął wargi na moim penisie. A kiedy wsunąłem w siebie trzeci palec i docisnąłem do końca, zassał się mocniej.
Och, zawsze doprowadzało mnie to do szaleństwa. Patrzenie na to, jak mój penis pieprzy jego usta i wyobrażanie sobie, że może kiedyś, może w jakiejś bliskiej przyszłości będzie to jego zgrabny tyłek. Wyobrażałem sobie, jak się na mnie porusza i czułem, jak jego mięśnie zaciskają się wokół mojego drąga. Jego, nie moje i nie wokół moich palców, jak właśnie teraz. Wróciłem do rzeczywistości, cofając rękę.
– Czasami zamiast rąk chciałbym mieć kutasy – szepnąłem, kiedy Sasuke zassał się mocniej na moim fiucie.
– Mhm. – Poczułem, że się uśmiecha.
Przejechał raz jeszcze językiem po moim penisie, a potem złapał mnie za biodra. I dobrze, bo przeczuwałem, że jeszcze chwila, a nie wytrzymam. Obrócił mnie gwałtownie na brzuch, a potem przygwoździł własnym ciałem do materaca.
Zamruczałem z głową w poduszce, kiedy uniósł w górę tylko moje biodra. Sapnąłem, kiedy we mnie wszedł. Zacisnąłem dłonie na prześcieradle, kiedy zaczął mnie pieprzyć do utraty tchu.

***

Kiedy następnego dnia wkroczyłem do biura, zastał mnie widok jak z najgorszego koszmaru. Tona papierzysk piętrzyła się na biurku i odstraszała mnie równie mocno, co duchy, w które wierzyłem do dziś, choć nigdy bym się do tego nie przyznał.
– Nie wyglądasz najlepiej – zagadał Shikamaru, wchodząc do gabinetu tuż za mną.
Odwróciłem się i z markotną miną wskazałem mu burdel na blacie, przy którym miałem zasiąść na kolejnych kilka godzin.
– Czy ty wiesz, że te papierzyska prześladują mnie już nawet w nocy? Szkoda, że te podpisane we śnie, nie znikają w rzeczywistości.
Kąciki ust Nary wygięły się lekko ku górze, ale nic nie odpowiedział. Zapowietrzyłem się, zauważając w jego dłoniach kolejny pokaźny stosik.
– Bo ja tak sobie pomyślałem… – zacząłem, podchodząc za nim do biurka i łapiąc między palce pierwszą lepszą kartkę. Podanie o urlop macierzyński. – Że można by tak trochę zmodyfikować wzór tych dokumentów, czy coś, i tak na przykład zamieścić tutaj na górze jakieś streszczenie, tak w paru zdaniach i…
– Nie.
– …wtedy obeszłoby się bez czytania tego całego urzędowego bełkotu…
– Nie.
– …i byłoby więcej czasu na inne kwestie, takie wymagające bezzwłocznego rozpatrzenia.
– Nie – oznajmił dobitnie po raz trzeci. Oto jak Hokage ugina się pod zdaniem swojej prawej ręki. Szkoda tylko, że to nie ta prawa, a ta druga prawa odpowiedzialna była za podpisywanie tych bzdetów. Większością tych spraw spokojnie mógłby się zająć ktoś inny. – Za parę dni sytuacja powinna się uspokoić.
Odburknąłem coś niewyraźnie pod nosem, patrząc, jak Shikamaru odchodzi. Co z tego, że miał rację, skoro to wcale nie poprawiało mojego nastroju?

***

Kilka godzin i kilogramów papierów później w odwiedziny wpadł Sasuke. Nonszalanckim krokiem przeszedł przez gabinet i przysiadł na rogu biurka, które dopiero co udało mi się jako tako uprzątnąć.
– Co jest, draniu?
Nawet nie drgnął, słysząc tę ksywkę. Używałem jej równie często, co jego imienia, jeśli nie częściej. Gdyby państwo Uchiha wiedzieli, co z niego wyrośnie, sami daliby mu tak na drugie imię, ale teraz było już na to za późno. Jego rodzice od dawna nie żyli, a sam Sasuke nie dał się namówić na zmianę imienia. A próbowałem niejednokrotnie, uprzednio upajając go alkoholem. I niezależnie od tego, czy był w stanie się jeszcze utrzymać na nogach, czy nie, odpowiedź była taka sama.
– Długo jeszcze będziesz tu siedział? – spytał bez ogródek, chwytając w rękę kartkę z wierzchu najwyższego stosu.
– A nie widać?
– Tego nie podpisuj. – Uniósł brew, oddając mi dokument.
Nieufnie przeleciałem wzrokiem po tekście, marszcząc czoło. Zezwolenie na przeprowadzenie zbiórki pieniędzy na osierocone dzieci. Zbliżały się święta i prócz zapewnienia im ciepłych posiłków i godziwego życia, zawsze pojawiał się problem z pieniędzmi na drobne upominki dla najmłodszych. Zawsze podpisywałem tego typu podania. I zawsze sam wykładałem niemałą sumkę na takie akcje, doskonale rozumiejąc, jak to jest. I nigdy nie zrozumiałem Uchihy, który choć też przeszedł przez to piekło, nie kiwnął nawet palcem, by uchronić przed tym inne dzieci.
Zamaszystym ruchem podpisałem dokument, stawiając na końcu kropkę nienawiści. Do Uchihy, rzecz jasna.
– Jesteś naiwny, młocie – oznajmił, spoglądając nieprzychylnie na moje poczynania. Chwycił w dłonie kolejny dokument, przyglądając mu się z uwagą. – Tego też nie podpisuj.
– A ty jesteś dupkiem – warknąłem, wyrywając mu kartkę z rąk. – Przecież wiesz, przez co przechodzą te dzieci!
– Mogę to sobie… spróbować wyobrazić. I nie widzę powodów, dla których litowanie się nad nimi miałoby w czymś pomóc.
– No pewnie, bo żywienie ich, to zwykły przejaw litości! Najlepiej nauczmy je prawdziwego życia i wygnajmy do lasu. Przetrwają tylko najsilniejsi! I oddawaj mi to! – Chwyciłem w ręce kolejną kartkę, którą próbował zakosić. Nieco się przez to pogniotła, ale nic nie szkodzi. Kiedyś zapewne rzuciłbym się do przodu, własnym ciałem próbując zasłonić treści, których  jakby nie patrzeć  nie miał prawa czytać, ale jeśli czegoś się na stanowisku Hokage nauczyłem, to że dokumenty mają irytującą manierę fruwania, kiedy nie trzeba. A jak jest ich w dodatku tysiąc pięćset, to poderwanie ich wszystkich w górę może grozić nawet śmiercią. Taki sen też już kiedyś miałem.
– Otóż to – oznajmił Uchiha. – A tak na poważnie, Naruto, to wyżywienie mają zapewnione przez cały rok. Uważam tylko, że ta szopka świąteczna nie jest do niczego potrzebna.
– A co, ty nigdy nie chciałeś dostać prezentu na święta? Po masakrze klanu, rzecz jasna.
– Nie, nie chciałem – odparł kwaśno, krzywiąc się i odkładając na stos kolejny dokument, który zdążył niepostrzeżenie wykraść.
W ostatnim czasie bardzo rzadko robił taką minę. Wielki Uchiha Sasuke, niegdyś morderca i nukenin, obecnie szary obywatel Konoha, od bardzo dawna nie straszył nikogo grymasami, które miał okazję ćwiczyć ponad ćwierć wieku. Wciąż był zimny i wciąż był gburem, którego poczucie humoru było czarniejsze niż te kudły sterczące we wszystkie strony świata, ale zniknęła ta część jego osobowości, której do jeszcze niedawna wszyscy się bali. Wciąż był obojętny, sarkastyczny i uśmiechał się w najmniej odpowiednich momentach, ale z jego oblicza zniknął obłęd, nienawiść i to coś, czego do dziś nie potrafię nazwać, a co właśnie odmalowało się na jego twarzy.
Ten grymas, który powodował ukłucie w moim sercu.
– Jesteś dupkiem.
– Już to mówiłeś. – Uśmiechnął się cynicznie albo… jakoś tak, schodząc z mojego biurka. Zapatrzyłem się na jego biodra, kiedy zbliżył się do drzwi. Położył dłoń na klamce, ale za nią nie pociągnął. – W takim razie będę czekał. Sam wiesz, gdzie.
W moim łóżku. Nagi. Obsypany płatkami róż. Uchiha by mnie zabił, gdyby naprawdę potrafił czytać w myślach.
– Poczekaj! Idę dzisiaj z Kibą na piwo i pewnie prędko nie wrócę. Nie ma sensu, byś czekał.
– Znowu?
– Co?
– Spotykacie się co czwartek.
– Yyy… tak. Taka tradycja, rozumiesz.
Gówno prawda. Nigdy nie było żadnego piwa, a ja nie miałem najmniejszych wyrzutów sumienia, że go okłamuję. Każdy ma prawo do swoich tajemnic, a poza tym byłem boleśnie świadomy, że on by mojej nie zrozumiał. To, że smok nie zionął już ogniem, nie oznaczało przecież, że nagle chce znaleźć się w stadzie owiec i czuć się, jak jedna z nich. Inuzuka był zdecydowanie najlepszym pretekstem, bo Sasuke go wręcz nie znosił i choćby mu nawet strzeliło do łba, żeby zweryfikować moje słowa, ze względu na Kibę nigdy by się na to nie zdecydował.
Przez chwilę mierzył mnie uważnym spojrzeniem, po czym jak gdyby nigdy nic, wzruszył ramionami i wyszedł. A gdzie jakieś: Do widzenia i miłej pracy, kochanie? Opadłem z powrotem na fotel i okręciłem się w stronę okna, wyglądając na zewnątrz.
Jak na początek grudnia, to pogada była, szczerze mówiąc, chujowa. Albo to ja byłem już za stary, by cieszyć się nadchodzącymi świętami i dostrzegać je wszędzie wokół, czy to słońce, czy to deszcz. Ale znałem kogoś, kto wciąż potrafił się cieszyć.

***

Kiedy wchodziłem po schodach starego, dawno nieremontowanego budynku, zawsze towarzyszyły mi te same myśli. Za mało zarabiam – chodziło mi po głowie. Ściany były obdrapane, szyby brudne od zacieków, których w żaden sposób nie dało się już usunąć, firanki pożółkłe. Z tego wszystkiego, stać mnie było tylko na wymianę firanek. Dobrze, że okna były względnie szczelne i kaloryfery działały, jak trzeba, bo inaczej budynek byłby uosobieniem wszystkiego, co najgorsze, a dzieci w nim mieszkające, na pewno na to nie zasługiwały.
Gdyby Uchiha wiedział, że raz w tygodniu odwiedzałem dom dziecka mieszczący się na obrzeżach wioski, to chyba by mnie wyśmiał. Biorąc pod uwagę, że nie był w stanie nawet zrozumieć, dlaczego w ogóle wyrażam zgodę na zbieranie datków na sieroty, ta rozmowa mogłaby skończyć się nie tylko kłótnią, ale wręcz prawdziwą walką.
Tak, każda akcja zbierania pieniędzy na dzieci cieszyła się moją aprobatą.
Tak, miałem miękkie serce i pensje Hokage w dużej mierze oddawałem na cele charytatywne.
Tak, byłem na tyle tchórzliwą pizdą, że nie potrafiłem się przyznać do przychodzeniu tu i…
Nie robiłem tego w swojej skórze.
W tym gmachu znany byłem jako Noriaki. Znały mnie wszystkie opiekunki, znały mnie dzieciaki, a najlepiej ze wszystkich znał mnie pewien niepozorny chłopaczek, który mieszkał w tym budynku już okrągły rok.
Pięciolatek, którego znałem dosyć dobrze już jako Naruto. Dobrze znałem jego mamę i nigdy nie poznałem ojca. Ale doskonale rozumiałem, czym się kierowała, wybierając mężczyznę, z którym postanowiła spłodzić dziecko. Kryteria miała niebezpiecznie podobne do moich własnych, jeśli nie identyczne. Bo to nie była wpadka, a ona sama nie była w najmniejszym stopniu zaskoczona, kiedy dowiedziała się o ciąży. Nie musiała mi tego mówić, ja to wiedziałem.
Uchyliłem drzwi do pomieszczenia, w którym mieścił się pokój chłopców, a już w następnej chwili dopadł do mnie Taichi. Wyhamował tuż przed moimi nogami i spojrzał na mnie przenikliwie, spod burzy ciemnych włosów, które często opadały mu na równie ciemne oczy.
I zanim cokolwiek jeszcze zostanie pomyślane – nie był podobny do Sasuke. Owszem, Sakura decydując się na wybór kochanka, z całą pewnością kierowała się właśnie podobieństwem do drania, ale mały nie był Uchihą. Karnacja była nie ta, rysy twarzy i uśmiech też. Prawdę mówiąc, nigdy nie uważałem się za na tyle błyskotliwego, by dostrzegać takie szczegóły i wciąż się za takiego nie uważam, ale w tym przypadku miałem akurat pewność, że jego ojcem był ktoś inny. Po prostu – gdybym postawił obok tuzin dzieciaków z nieistniejącego już klanu Uchiha, Taichi pasowałby do nich jak pięść do nosa. Bo tak, bo nie potrafię wyrazić tego inaczej, pozostaje wierzyć na słowo.
– Spóźniłeś się, wujku – oznajmił malec, spoglądając na zegarek, wiszący wysoko pod sufitem. – Będziemy mieli pół godziny mniej na rozmowę.
– Przepraszam, coś mi wypadło.
Gówno prawda. Po prostu dużo bardziej niż zwykle obawiałem się, że Uchiha będzie mnie śledził i pozna prawdę. Po podpisaniu tylu dokumentów ile byłem dziś w stanie – to znaczy jakiejś jednej setnej tego, co leżało na biurku – okrężną drogą wróciłem do domu, przebrałem się i zaszyłem w pierwszym lepszym barze, w którym zostawiłem klona i już jako inna osoba rozpocząłem długą i żmudną misję zgubienia kogoś, kto mnie nawet nie śledził. Zamiast dwóch kilometrów zrobiłem dwadzieścia, przy okazji zahaczając o dzielnice wioski, o których nie miałem zielonego pojęcia. Pouczająca to była wycieczka, nie powiem. Hokage powinien wiedzieć, czym zarządza i za co gotów jest w każdej chwili oddać życie.
– Nadrobimy to. Następnym razem będę pół godziny wcześniej – dodałem, kiedy wyraz twarzy chłopca się nie zmienił.
Uśmiech Taichiego zawsze pojawiał się stopniowo. Zaczynało się od lekkiego drgnięcia kącików ust. Kiedy zobaczyłem ten wyraz na jego twarzy po raz pierwszy, byłem pewien, że zaraz się rozpłacze. Drgnięcia postępowały, aż uśmiech sięgał szerzej, choć nigdy od ucha do ucha. A szkoda, bo zęby miał prościutkie i naprawdę śnieżnobiałe. Takiego uśmiechu nie należało ukrywać.
– To co, masz ochotę na spacer?
Mały pokiwał głową i pobiegł włożyć buty, a ja powiadomiłem sympatyczną opiekunkę, że porywam go na jakiś czas. Miałem już nawet fantastyczny pomysł, dokąd pójdziemy. Wróć, mój żołądek miał pomysł. Jako dzieciak żywiłem się głównie zupkami instant i nic się od tego czasu nie zmieniło. No, może przybyło mi kilka książek kucharskich, ale po całym dniu kartkowania raportów, podań i innych ściśle tajnych dokumentów, przeglądanie przepisów wcale nie jawiło mi się przyjemniej. Po wyjściu z biura omijałem szerokim łukiem wszystko, co miało literki.
– Co powiesz na… ramen? – spytałem, poprawiając malcowi czapkę.
Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, uderzyło w nas zimne, wilgotne powietrze. Taichi zadrżał, naciągnął czapkę mocniej na uszy i chwycił mnie za rękę.
– Czy ramen, to nie ulubione danie pana Hokage?
– Mhm, a chciałbyś zjeść w ulubionej knajpie Hokage?
– Pana Hokage – poprawił mnie chłopiec. – Pani Mikoto mówi, że trzeba do niego mówić Wielmożny. Albo Czcigodny.
Pani Mikoto. Kolejny powód, dla którego wszystko zawsze i wszędzie kojarzyło mi się z Uchihą. Jego matka miała tak na imię i chyba by się zjeżył, gdyby poznał kobietę o takim samym imieniu. Albo ją z miejsca zamordował, cholera go wie.
– A ty, Taichi, chciałbyś, żeby zwracano się do ciebie Wielmożny?
Maluch pokręcił intensywnie głową. Czapka przysłaniała mu widoczność, dlatego pociągnąłem ją trochę do góry, żeby odsłonić mu oczy.
– Myślę, że pan Hokage też może tego nie lubić.
– Ale pan Hokage jest wielkim i ważnym człowiekiem, należy mu się szacunek.
– Taichi, sądzę, że każdemu człowiekowi należy się szacunek. Niezależnie od tego, jak wielkich czynów udało mu się dokonać. Czasem to właśnie te najmniejsze dokonania, okazują się tymi najważniejszymi.
Malec przyglądał mi się chwilę z namysłem, trawiąc moje słowa, po czym skinął głową. Czego innego mogłem się spodziewać po dziecku Sakury? Zawsze była bystra i z całej Drużyny Siódmej chwytała najszybciej. Jaka matka, taki syn.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, pomogłem chłopcu siąść na wysokim stołku i uśmiechnąłem się szeroko do pana Teuchiego. Niepewnie, ale odwzajemnił mój uśmiech. No tak, zapomniałem, że nie byłem w swoim ciele. Westchnąłem w myślach, zdając sobie sprawę z tego, że na darmową wyżerkę nie miałem raczej co liczyć.
Zamówiłem i pozostało już tylko czekać. Z uśmiechem na ustach przyglądałem się Taichiemu, który z zafascynowaniem śledził każdy ruch kucharza, krzątającego się po niewielkiej przestrzeni. Śmiesznie zmarszczył czoło, kiedy wylądowały przed nami dwie pokaźnych rozmiarów miski, a kiedy wciągnął pierwszy kęs do ust, podejrzliwość ustąpiła miejsca zadowoleniu.
Jedliśmy niespiesznie, delektując się smakiem, co jakiś czas wymieniając się zdawkowymi uwagami.
– Wujku, zdążymy jeszcze pójść na huśtawkę? – Kiedy ja płaciłem za posiłek, Taichi zeskoczył ze stołka, ze zniecierpliwieniem przeskakując z nogi na nogę. – Późno już – oznajmił.
– Zdążymy. – Ten dzieciak miał wbudowany zegarek. Osobiście nie miałem pojęcia, ile czasu minęło od naszego wyjścia z ośrodka, ale jeśli on uważał, że jest późno, to z całą pewnością tak właśnie było. – Jeśli chwilkę się spóźnimy, to też nic się nie stanie. Całą odpowiedzialność wezmę na siebie.
– Nie możemy się spóźnić. – Taichi zmarszczył brwi.
– Ale nie tak bardzo długo, tylko… powiedzmy dziesięć minut. Dla nas kupa czasu, a opiekunkom nie zrobi to większej różnicy. To taki…
– Nie – oznajmił dobitnie, krzyżując ręce.
– Ale naprawdę nic wielkiego się nie stanie…
– Dzieciak mądrze prawi. – Drgnąłem na dźwięk tego głosu. Starając się nie wyglądać na spanikowanego, podniosłem wzrok, napotykając czarne ślepia Uchihy, wywiercające we mnie dziurę. – Punktualność jest bardzo ważną rzeczą. Skoro chłopak o tym wie, to niech pan go lepiej nie ściąga na złą drogę.
Pan… och. Ręka drgnęła mi mimowolnie i sporo wysiłku kosztowało mnie, żeby zatrzymać ją w połowie drogi, kiedy już miałem podrapać się po karku. Naprawdę czułem, że muszę to zrobić. Wystarczyłby jeden fałszywy ruch, by Sasuke prześwietlił mnie swoim sharinganem i dowiedział się prawdy. Zamiast się podrapać, poprawiłem małemu czapkę, która znowu zsunęła się na oczy, zasłaniając widoczność.
– Masz… pan rację.
Uchiha uniósł brew i zmierzył mnie spojrzeniem, po czym najwyraźniej stracił zainteresowanie, bo zwrócił się w kierunku właściciela Ichiraku. Nie mam pojęcia, o co pytał, i czy pytał go o cokolwiek, bo chwyciłem Taichiego za rękę i czym prędzej pognałem w stronę parku, tłumacząc, że jeśli się pospieszymy, to zaliczymy huśtawkę bez spóźniania się.
Kiedy chłopak huśtał się w najlepsze, ja próbowałem uspokoić szybsze bicie serca. Czy spotkanie w tej formie Sasuke to naprawdę był powód, żeby tak reagować? Z pewnością nie. Nie miałem kochanki na boku, nie okradałem banku, w gruncie rzeczy nie robiłem niczego złego. Ja się tylko… widywałem raz w tygodniu z synem najlepszej przyjaciółki, udając kogoś, kim nie jestem. Co by się stało, gdyby Uchiha dowiedział się prawdy? Wyśmiałby mnie? Zapewne. Ale w gruncie rzeczy, to co z tego?
– O czym myślisz?
Zamrugałem, dostrzegając, że Taichi stoi przede mną. To kogo ja, do licha, huśtałem od kilku minut? Spojrzałem w stronę huśtawki, domyślając się, że jest pusta. Była.
– O tym, że czasem człowiek przez całe życie robi wiele głupot, a najbardziej wstydzi się tego, czego nie powinien.
– Czy to dlatego, że to nigdy tak naprawdę nie było głupotą?
Chwilę zajęło mi przetrawienie jego pytania.
– Właściwie, to tak.
– Więc dlaczego to robi?
– Ponieważ się boi.
– Czego, wujku? – Taichi zmarszczył brwi. Najwyraźniej nie nadążał za moim tokiem myślenia. I dobrze, bo ja sam też nie.
– Powody mogą być różne. Na przykład taki, że ktoś dla niego ważny skrytykuje jego działania, nie zrozumie ich, uzna za słabość. Wtedy wychodzą na światło dzienne różnice światopoglądowe. No wiesz… że dla różnych ludzi różne rzeczy są najważniejsze i przez to nie potrafią się dogadać.
– A jeżeli się lubią? – spytał, podchodząc do mnie i chwytając za rękę. – Musimy już wracać.
Posłusznie ruszyłem jego śladem do wyjścia z parku. Nie potrafię odczytywać godziny z położenia księżyca, ale Taichi najwyraźniej tak, bo jego krok nie zdradzał pośpiechu. Najwyraźniej mieliśmy jeszcze chwilę czasu.
– A co się dzieje, kiedy się lubią? – spytałem, nie potrafiąc zrozumieć jego toku rozumowania.
– Bo przecież chodzi o to, żeby ludzie się lubili, prawda? Bo jeśli się nie lubią, to nie będzie istotne, czy te same rzeczy są dla nich ważne. Jak się lubią, to znajdą jakieś rozwiązanie, żeby to ominąć, prawda? Na tym polega przyjaźń.
Uśmiechnąłem się, mocniej ściskając jego dłoń. Bardzo chciałbym, żeby tak właśnie było. I chociaż wierzyłem w to, co powiedział Taichi, rzeczywistość nie zawsze wyglądała tak prosto i kolorowo. W jednym miał jednak stuprocentową rację – żeby wygrać, trzeba o to zawalczyć.

***

Wrzasnąłem, kiedy wchodząc do sypialni, zauważyłem, że ktoś leżał w moim łóżku. Uderzyłem dłonią we włącznik i wydobyłem kunai, przyjmując pozycję obronną.
– Kurwa, matole – warknął Uchiha, podnosząc się z łóżka. – Liczyłem na nieco przyjemniejszą pobudkę.
Chwyciłem się za serce, wzdychając głośno. Uchiha przyjrzał mi się, a na jego ustach wykwitł wredny uśmieszek.
– Czego się spodziewałeś? Zamachowca we własnym łóżku?
Nie odpowiedziałem. W pierwszej chwili pomyślałem, że to duch. Wiem, wiem, to głupie, ale jego blada skóra na tle pomarańczowej pościeli i te czarne kudły rozsypane po całej poduszce… przypominał mi zjawę.
– Swojego wyra nie masz? – burknąłem, odkładając broń i ściągając bluzę przez głowę.
– Mhm, ale ciebie w nim nie ma.
Zamarłem. Odrzuciłem bluzę na krzesło i spojrzałem na niego z niedowierzaniem.
– Ty wiesz, że to zabrzmiało tandetnie? Tak… romantycznie.
– Romantycznie? Młocie, przyszedłem się pieprzyć, a nie zasypiać w twoich ramionach.
A… no to wszystko jasne.
Uchiha wyczołgał się spod kołdry i na kolanach podszedł na skraj łóżka. Chwycił mnie za pasek i przyciągnął do siebie, szybko pozbywając się moich spodni. Spojrzałem w dół, kiedy zassał się mocniej na moim penisie. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, wiedziałem, że i tej nocy mi nie ulegnie. W jego oczach krył się taki żar, że byłem gotów pozwolić mu na wszystko. Jednocześnie czułem ciarki na całym ciele. Z tą samą pasją, którą na mnie patrzył, niegdyś zabijał. Czy jego to podniecało? Nie odważyłem się zapytać. Nie chciałem psuć tej chwili.
Zostałem wciągnięty i pchnięty na materac, zmuszony do tego, żeby się położyć. Potem już wszystko działo się szybko. Sasuke zaciskał dłonie na moich biodrach tak mocno, że bez wątpienia zostawił na nich siniaki. Mógłbym pewnie poprosić Kuramę, żeby się nimi zajął, ale po co? W pewnym sensie te sine ślady przypominały malinki. Patrząc na nie, będę mógł wspominać, czyim dziełem były. Sine ślady niebędące efektem przemocy, a… zaangażowania. Namiętności? Pragnienia. Uroczo.

– Masz dla mnie jakąś robotę?
Uniosłem głowę z poduszki, żeby mieć lepszy widok na jego twarz. O co on pytał? Czy chcę, żeby znowu zrobił mi loda?
– Ślinisz się, młocie – zauważył z uśmiechem. – To jak będzie?
– Z czym? – Wytarłem brodę wierzchem dłoni, a następnie spojrzałem na poduszkę; oczywiście ją też zaśliniłem. Jak ja to robię? Przecież jeszcze nie udało mi się zasnąć i powinienem panować nad takimi rzeczami.
– Jak to, z czym? O misję pytałem.
A więc to o taką pracę mu chodziło!
– Spoko, coś popatrzę.
Uchiha skinął głową, po czym odrzucił kołdrę na bok i wstał. Przeciągał się chwilę, zanim sięgnął po swoje gacie, które wisiały na oparciu krzesła. Patrzyłem na to wszystko i nie reagowałem, dopóki nie sięgnął po spodnie i ich też nie wciągnął na tyłek.
– Co robisz?
– Ubieram się?
– Ale…
Odwrócił się w moją stronę, spoglądając na mnie, jak na jakiegoś robaka, którego miałby w tej chwili ochotę rozdeptać. Dobra, może nie jak na robaka, ale na pewno nie było to przychylne spojrzenie.
– Uzumaki, przyszedłem na seks, nie po to, żeby spędzić z tobą całą noc.
– Nie no, jasne. A ostatnio spałeś jak zabity i to w dodatku na mojej połowie łóżka, bo miałeś taki kaprys. – Przewróciłem oczami.
Sasuke zmierzył mnie badawczym spojrzeniem. Automatycznie poczułem się jak dzikie zwierzę w zoo albo eksperyment w laboratorium. Ewentualnie pacjent, na którym Tsunade postanowiła zademonstrować tuzinowi swoich nowych podopiecznych, jak się robi lewatywę.
Ale do rzeczy, Uchiha przechylił głowę i lustrował mnie tymi swoimi bezdennymi oczami, aż zrobiło mi się nieswojo. Nie wiedziałem jeszcze, do czego pije, ale intuicja podpowiedziała mi, że powiedziałem coś nie tak, a on teraz poddawał moje słowa dogłębnej analizie. Lada moment powie coś, przez co bym się pewnie zakrztusił. Gdybym pił.
– Chcesz, żebym został?
– Co? Nie!
Zaprzeczyłem chyba zbyt szybko. A czy to aby nie oznaczało, że jednak chciałem? Wykluczone, za bardzo cenię sobie wygodę i przestrzeń we własnym łóżku, by chcieć ją z kimś dzielić. Zwłaszcza z takim dupkiem, co to się rozpychał i non stop z kimś przez sen walczył. Ostatnim razem kopnął mnie w piszczel, a na dokładkę zdzielił w nos. Przeprosić oczywiście już nie raczył.
Sasuke kiwnął głową i rozejrzał się w poszukiwaniu swojej czarnej koszulki. W ciemnym pokoju, na ciemnej podłodze trudno było ją namierzyć, ale w końcu mu się udało.
– Słuchaj… – Odezwał się po chwili. – Ja po prostu nie zamierzam spać w ujebanej pościeli. Wybacz, ale taplanie się w spermie nie leży w kręgu moich zainteresowań.
– I że to niby moja wina?
– Że nie leży? – Udał zdziwienie, chociaż doskonale zrozumiał moje pytanie. I tak oto właśnie pan Uchiha, który non stop powtarzał mi, żebym mówił do rzeczy, zamiast owijać w bawełnę, udał głupka, żeby… no właśnie nie wiedziałem po co. – Wydaje mi się, że nie. A ty, jak sądzisz?
– Nie to. Tylko że pościel się klei. Sam do mnie przyszedłeś.
– A czyja to sperma, moja? – Parsknął śmiechem. – No właśnie.
– A gdyby była twoja?
Sasuke wyglądał, jakby się nad czymś zastanawiał.
– Wymieniłbym prześcieradło i zmienił poszewki, kiedy brałeś prysznic. Na razie, Uzumaki.

6 komentarzy:

  1. Witam. Świetne i nowe opowiadanie SasuNaru... Cudownie! I w dodatku wspaniale się zapowiada. Pozdrawiam i czekam na więcej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam!
      A może rozwiniesz myśl, dlaczego jest takie świetne i cudowne? ;-)

      Usuń
  2. To jest świetne.
    Bardzo mi się podoba narracja z perspektywy Naruto,Sasuke jest taki zimnokrwisty i wredny...czyli taki jaki był przez pierwszą i drugą serię ( uwielbiam jak postać jest dobrze oddana)oprócz bycia pochłoniętym przez rządzę zemsty rzecz jasna - kocham go takiego choć jednocześnie nie rozumiem jego decyzji. Ale palmę pierwszeństwa co do potępienia daje zdecydowanie Sakurze - wychować dziecko 4 lata i oddać je potem do sierocińca? Jakby zmarła to z pewnością ktoś mógłby się zająć tym dzieckiem, jakby go nie chciała wychowywać to można by zrobić tak samo.
    Jestem ciekawa ja się to rozwinie i mam nadzieję, że następny rozdział pojawi się jak najszybciej(mam nadzieję, że wcześniej jasno się wyraziłam, nie mam talentu do pisania i zazwyczaj lakoniczny ze mnie człowiek).
    Pozdrawiam, Mei

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie masz talentu do pisania komentarzy? Ja tak nie uważam :-). Dla mnie zdanie czytelnika jest ważne, a przede wszystkim motywujące. Kiedy nie widzę odzewu, nie chce mi się pisać ani niczego publikować, bo i po co? ;-)
      Cieszę się, że narracja i postać Sasuke przypadła Ci do gustu. Czuję jednocześnie lekki niepokój, bo nie wiem, czy w dalszych rozdziałach wciąż będzie spełniał Twoje oczekiwania. No, okaże się.
      Kwestia Sakury jeszcze się wyjaśni. Czy na pewno jest taką złą matką? I czy to właśnie ona zawiniła?
      Rozdział być może pojawi się dzisiaj (ale obstawiałabym raczej przyszły weekend). Wiem, że zamierzałam publikować co dwa tygodnie, ale ostatnio trochę mi się nawarstwiło różnych spraw do załatwienia, a akurat ten rozdział wymaga, by poświęcić mu nieco więcej uwagi niż pierwszemu czy następnym. Niczego więc nie obiecuję, ale przyszły weekend to termin ostateczny.
      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam!

      Usuń
  3. Witam!
    Rozdział bardzo mi się podoba. Bardzo przyjemnie czyta się wszystko z perspektywy Naruto.
    Cieszę się, że Sasuke to Sasuke... XD
    Mam na myśli, że jak wspomniała Mei, przedstawiłaś Sasuke wrednego, oddałaś jego charakter.

    Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału.

    Czekam niecierpliwie i pozdrawiam

    M.April

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj!
      Dziękuję Ci za komentarz :-)
      Jesteś kolejną osobą, przez którą zaczynam czuć lekki niepokój w związku z kreacją Sasuke, bo z tym może być naprawdę różnie. No ale zobaczymy :-)
      Kolejny rozdział postaram się wrzucić do czwartku, bo właśnie sobie przypomniałam, że cały weekend mnie nie ma i nie ma szans, by coś się pojawiło, a przecież obiecałam... :D
      Pozdrawiam!

      Usuń