Witam!
Nie możecie w to uwierzyć, co? Ja też nie.
Dzisiejszy tekst nie był inspirowany niczym. Otworzyłam edytor tekstu i zaczęłam pisać. Bez planu, koncepcji, pomysłu, co będzie linijkę dalej. Jednak o samym tworze wypowiem się trochę szerzej w ostrzeżeniach, które będą tu niezbędne. Powiem tyle, że po skończeniu poczułam się niesamowicie odprężona. Cały stres się gdzieś ulotnił, tego mi było trzeba! Czasem po prostu trzeba napisać coś skrajnie głupiego.
Ostrzeżenia: ten tekst w niczym nie przypomina klimatem głównego opowiadania. Ostrzegam przed językiem, narracją, brakiem logiki w postępowaniu bohaterów (proszę się jej więc nie doszukiwać), sensem i morałem (który został tak sprytnie ukryty, że sama mam problemy ze znalezieniem go). Ponadto tytuł nie ma nic wspólnego z historią.
Życzę miłego czytania i zapraszam do komentowania :-)
Ps. dziękuję za wszystkie komentarze i miłe słowa. Nie chcę porzucać pisania ani bloga, o nie. Czasami jednak nie mogę patrzeć na to, co napisałam, mimo iż nie jest jakieś złe. No... zobaczymy.
Ps. dziękuję za wszystkie komentarze i miłe słowa. Nie chcę porzucać pisania ani bloga, o nie. Czasami jednak nie mogę patrzeć na to, co napisałam, mimo iż nie jest jakieś złe. No... zobaczymy.
Pozdrawiam!
__________________________________________________________
__________________________________________________________
– Sasuke, bo ja się chyba zaraz
zabiję…
Uchiha westchnął i zrobił
głośniej.
– Sasuke!
– Naruto, przeszkadzasz.
– Ale, Sasuke…
– Leci mecz.
– Ale…
Brunet warknął, po czym wstał z
kanapy i podszedł do Uzumakiego, który siedział przy biurku. Sasuke już dawno nauczył
się, że jeżeli Uzumaki się zaprze, to koniec. Był taki okropnie uparty… prawie
tak, jak sam Uchiha. Normalnie by się nie ugiął, ale sytuacja była wyjątkowa.
Leciał mecz jego ulubionej drużyny – FC Hebi – a Naruto mógłby drzeć gębę do
upadłego. Że też to gardło go niby nie bolało! Nawet, gdyby Sasuke ustawił
głośność w telewizorze na maksimum, Uzumaki nie miałby problemu z
przekrzyczeniem go.
– Czego chcesz, matole?
– No, bo ten, bo nie mogę nic
wymyślić.
– No i…?
– Zainspiruj mnie jakoś.
Naruto był artystą. A konkretnie
to szanowanym w świecie pisarzem. A jeszcze konkretniej, to pisał romanse. A
jeszcze, jeszcze konkretniej – harlequiny.
Uzumaki od zawsze miał talent do…
właściwie to do niczego. Przez całą szkołę prześlizgiwał się z klasy do klasy, w
niczym się specjalnie nie wyróżniając ani niczym nie interesując. Świat wydaje się niezmiernie ciekawy,
chociaż życie jest niezwykle nudne – mawiał. Tak, Sasuke też starał się
doszukać w tym wszystkim sensu, dawno sobie jednak odpuścił.
Tak czy owak, Naruto nudziło dosłownie
wszystko. Jego CV zajęłoby dobre dziesięć stron, gdyby uparł się, że wypisze
wszystkie miejsca, w których do tej pory pracował. A biorąc pod uwagę, że w
większości firm nie wytrzymał dłużej, niż tydzień, jego doświadczenie zawodowe
można by uznać za wątpliwe.
Jednak – jak wszyscy doskonale
wiedzą – bez pracy trudno żyć. Naruto musiał więc często kombinować, by znaleźć
sobie nowe zajęcie. Z czasem jednak z kombinowania tego niewiele już
wychodziło, ponieważ próbował już swoich sił chyba wszędzie. Kiedy zaczął
popadać w rozpacz, postanowił wybrać się do pubu na wódkę. Zdanie jednak
zmienił, kiedy zajrzał do portfela. Okej, nie było dobrze. Poszedł więc na
darmową wódkę na parapetówę organizowaną przez jednego z kolegów z… no, z pracy.
W sumie, to Uzumaki już nie pamiętał, z której. Pożytku z tych robót było tyle,
że mógł się poszczycić dużą liczbą znajomych na fejsie.
Jego kariera pisarka, rozpoczęła
się od poznania Sasuke na tej właśnie imprezie. Brunet siedział dumny jak paw i
tylko co jakiś czas prychał na prawo i lewo. Uzumakiego tak zaciekawiło jego
zachowanie (tak, zachowanie, bo to, że Uchiha był nieziemsko przystojny nie zrobiło
na nim wrażenia), że wypytał o niego parę osób. Zdziwił się trochę, że nikt na tej
imprezie go nie znał, ale ostatecznie nie przejął się tym zbytnio. On prawdę
mówiąc też nikogo nie kojarzył, a sam gospodarz najwyraźniej gdzieś wyparował.
A skoro Naruto nikogo nie znał i nikt nie znał przystojniaczka, to pewnie
przystojniaczek też nikogo nie znał, więc musiał poznać Naruto. O, proste i
oczywiste.
Rozmowa z księciuniem (bo tak
zaczął go nazywać Uzumaki po pierwszych dziesięciu minutach rozmowy) nie
należała do najprzyjemniejszych. Prawdę mówiąc, to raczej do tych irytujących.
Tak bardzo irytujących, że nie sposób było jej zakończyć. Przegadali więc
dobrych parę godzin, podczas których Naruto przekonał się, że księciunio
faktycznie był księciuniem. Uzumaki mógł z czystym sumieniem podziękować bogu
(albo bogom), że pozwolił pławić mu się w blasku uchihiowych stóp. No, albo
jakoś tak. Coś w ten deseń wówczas pomyślał.
Sasuke był takim typowym nadętym
gburem. Był tak typowy, że Uzumaki nie przypominał sobie, by miał okazję
spotkać kogoś takiego. A spotkał przecież wielu ludzi. Chociażby w tych
wszystkich pracach. Ale wróć. Księciunio wymądrzał się, obrażał go i prychał
jak kotka, czego Naruto nie omieszkał mu wytknąć. O tym, że trafił w sedno,
przekonał się dopiero, kiedy Uchiha wstał w poszukiwaniu toalety. Masz bardziej kocie ruchy, niż niejeden kot
– powiedział mu Naruto przy innej okazji. A właściwie, to powiedział mu o tym
dopiero wtedy, kiedy zyskał pewność, że nie dostanie za coś takiego po gębie.
Tamtego dnia Naruto był zbyt
zaaferowany, by – jak planował – zalać się w trupa. Wrócił więc do domu całkiem
trzeźwy. Całkiem trzeźwo uruchomił komputer i całkiem trzeźwo zaczął stukać w (całkiem
trzeźwe) klawisze jak oszalały. Pierwszy raz zdarzyło mu się coś takiego. Przez
całą szkołę podstawową był chory, kiedy nauczyciel zadawał im wypracowanie
polegające na wymyśleniu czegoś. O szkole średniej, jakichś rozprawkach i
innych badziewiach, już w ogóle nie wspominając. Jak gadał, to mógł lać wodę,
ale jak pisał, to już nie.
No ale. Uzumaki natrzaskał
historię tak naiwną i infantylną, że aż był z siebie dumny. To była
zdecydowanie najlepsza rzecz, jaką udało mu się w życiu stworzyć. Kiedy
następnego dnia opowiadał o tym znajomym, puszył się niemal jak Sasuke dzień
wcześniej. A skoro już o nim mowa, to Naruto obiecał sobie, że mu podziękuje. To
ta uchihowa dupa tak go natchnęła. Gdyby nie ona, nigdy by nie wpadł na taki
pomysł. Naruto był przekonany, że to pierwszy krok ku lepszemu. I kiedy taki
pewien sukcesu, jaki osiągnie, siadł następnego wieczoru do laptopa, przeżył
szok. Nie potrafił sklecić zdania! Siedział godzinę, dwie, trzy, a nie napisał
nawet linijki. W głowie miał pustkę, a dłonie zdawały się nie pasować do
klawiatury. Cały ten proces tworzenia, wydał mu się bardziej obcy, niż
kiedykolwiek wcześniej. Naruto złapał się więc za głowę i rozpaczał.
Kiedy następnym razem spotkał
Sasuke, zdołał już zmienić pracę kolejne dwa razy. Oczywiście robota, którą
dostał była tak pasjonująca, że w jednej z nich wytrzymał cztery dni, a w
drugiej tydzień. Tak, minęło więc półtora tygodnia. No, dwa, bo Uchihę spotkał
w weekend. A było to tak. Kiedy Uzumaki latał po jednej z większych galerii
handlowych i roznosił swoje CV wszędzie, gdzie tylko się dało, księciunio
kupował w jakimś ekskluzywnym sklepie krawat. I to, kuźwa, chyba nie byle jaki,
bo zajęło mu to dobre czterdzieści minut. Skąd Naruto o tym wiedział? A, bo
jakoś przypadkiem utknął przed tym sklepem i przyglądał się temu gburowi zza ogromnej
paprotki. Uchiha zażyczył sobie niebieskiego, ekspedientka przyniosła mu ze
dwadzieścia różnych modeli (które zdaniem Uzumakiego wyglądały identycznie), a
Sasuke zamiast wziąć pierwszy lepszy (no bo przecież identyczne, nie?), kręcił
nosem. Bo ten zbyt niebieski, a tamten za mało niebieski. Ten znów miał zły
odcień niebieskiego, ale już ten czwarty w identycznym kolorze, co pozostałe,
wcale nie był taki zły. Kobiety –
rzekłby Uzumaki, gdyby nie to, że Sasuke kobietą nie był. No nic, Naruto nie
mógł już dłużej na to patrzeć. Baba w męskim ciele, ot co. Zdezerterował zza
paprotki, kiedy księciunio poszedł zapłacić.
Tego wieczoru Uzumaki odkrył, co,
a raczej kto, wyzwalał w nim chęć pisania. Naklikał się aż miło i kiedy
nadszedł ranek, ulżyło mu, że znów nie miał pracy. Nie musiał bowiem robić
sobie wolnego, by zregenerować mózg. Od tej pory wszystko było już jasne – jeżeli
chciał coś w życiu osiągnąć, za wszelką cenę musiał trzymać się tej uchihowej
dupy.
Tak i zrobił. Rozpoczęło się
niewinnie i romantycznie, gdyż przez fejsa. Naruto wysłał chyba z miliard
wiadomości, pytając o pracę, rodzinę i prosto z mostu zaproponował spotkanie.
Sasuke, jak na gbura przystało, na wszystkie te wiadomości (bo Naruto je
oczywiście wysłał jedną po drugiej nie czekając na odpowiedź) odpisał w sumie
nic. No, dobra, odpisał Młotek…, po
czym zablokował Uzumakiego. Po prostu pięknie.
Naruto kilkanaście razy zaglądał
jeszcze do sklepu dla nadętych bufonów. Znaczy się tego, w którym Uchiha
zakupił krawat. No, ale nic z tego. Sasuke się tam więcej nie pojawił. Być może
krawat okazał się marnej jakości, bo nie był wykonany ze złota.
Minął miesiąc, a księciunia
wcięło. Naruto założył sobie jeszcze dwa konta fikcyjne na swoim ulubionym
portalu społecznościowym, ale Uchiha na żadną wiadomość nie odpisał. Cham i
prostak. Uzumaki nie miał więc wyboru i musiał znowu poszukać jakiejś pracy. I
tutaj szczęście się do niego uśmiechnęło, bo przypadkiem złożył CV do Sharingan Corporation i został
zaproszony na rozmowę kwalifikacyjną. Pracę bez trudu dostał, bo raz, że trochę
podkoloryzował swój życiorys, a dwa, że od dziecka był urodzonym bajerantem,
więc bez trudu uwiódł blondynkę, która przeprowadzała rekrutację.
No, a potem się okazało, że
szefem tego całego czegoś był Uchiha. A Uchiha sobie go dobrze zapamiętał i
szybko zaczął urządzać mu w robocie piekło. Gdyby nie to, że Naruto był uparty
i po jednej ze średnio przyjemnej wymianie zdań, oznajmił, że za nic się nie
podda, już dawno rzuciłby tę pracę w chuj… znaczy w cholerę.
W ciągu dnia Uzumaki popylał więc
po całym biurowcu i robił wszystko, co Sasuke mu rozkazał (wykorzystując
oczywiście każdą możliwą okazję, by się zemścić, co parę razy mu się udało), w nocy
zaś maltretował klawiaturę, która z wrażenia w końcu się zepsuła. Jednak
zamiast kupić nową, Uzumaki podprowadził jakiś model z pracy, mając nadzieję,
że żadna kamera tego nie zarejestrowała. Chyba mu się to udało, gdyż tego dnia
nie odwiedziła go policja, a następnego Uchiha nie odezwał się słowem na ten
temat. No, to dalej sobie stukał, tym razem w służbowe klawisze. Największą
przyjemność sprawiało mu walenie w takie literki jak S (jak Sasuke) i U (jak
Uchiha). Stwierdził, że jeśli tę klawiaturę też zepsuje, to weźmie sobie z
pracy kolejną, a co się będzie przejmował.
Ale wracając do historii, Naruto
niewiele sobie robił z tego, że księciunio był jego szefem. Założyli się
przecież, który pierwszy nie wytrzyma tego psychicznie, nie? No, dobra, tak
właściwie to nie do końca o to się zakładali. Była mowa tylko o tym, że Uzumaki
się podda i zwolni. O tym, że Sasuke przegra, jeżeli wyrzuci blondyna mowy nie
było, no, ale to rozumiało się samo przez się, nie?
Naruto robił więc wszystko, żeby
wyprowadzić szefuncia z równowagi, jednak w granicach przyzwoitości oczywiście.
No, to jeszcze zależało od tego, kto i co uważał za przyzwoite… ale o tym innym
razem. Sytuacja w firmie stawała się naprawdę gęsta i nerwowa. Coraz częściej
się spierali i robili sobie na złość. A im więcej miał Naruto do czynienia z
Uchihą, tym bardziej korciło go, by pisać. No, więc w końcu swoją namiastkę
powieści przesłał sobie na służbowy komputer i pisał, kiedy Uchiha nie patrzył.
A że zbliżało się jakieś rozliczenie roczne, zestawienie wyników, czy coś (bo
Naruto jakoś tego nie przyswoił), to Sasuke nie miał tyle czasu na
kontrolowanie pracowników. Uzumaki uchachany, że przechytrzył szefa, coraz
mniej pracował, a coraz więcej tworzył.
Nie przewidział tylko jednego –
że Sasuke miał wgląd do wszystkich komputerów w firmie. A że Uchiha był cięty
na Uzumakiego, to tuż po audycie, postanowił nadrobić zaległości i sprawdzić,
ile w ostatnim czasie zrobili jego pracownicy.
Naruto dowiedział się o tym
dopiero parę dni później, kiedy otworzył wieczorem drzwi do swojego mieszkania
i zanim zdążył sprawdzić, kto to, dostał po gębie.
– Co jest, kurwa?! – krzyknął,
łapiąc się za bolący nos.
– To jest, kurwa – odpowiedział
Sasuke, po czym rzucił mu plikiem jakichś kartek w twarz.
Uzumaki spojrzał na Uchihę, a
następnie przeniósł wzrok na papiery porozrzucane po całej podłodze. Kurwa, no.
Kto to widział, żeby szef robił pracownikowi najazd na chatę, witał się za
pomocą pięści i zarzucał papierkową robotą. I to jeszcze w weekend!
– Co to ma być? – spytał.
– Miałem nadzieję, że ty mi
powiesz.
Sasuke bezczelnie wcisnął się do
jego mieszkania, podniósł parę losowych kartek z podłogi i stanął centralnie
przed Uzumakim. Za blisko.
– Co to, do chuja jasnego, ma
znaczyć, że: Tę kocią dupę poznałem na
imprezie u kolegi, którego nawet na niej nie spotkałem. Kicia miała długie
nogi, ciemne włosy, jasną cerę i z całą pewnością miała czym oddychać! Na imię
jej było Ucika Sasuche.
Sasuke zmarszczył czoło, po czym
sięgnął po inną kartkę.
– Następnego wieczoru postanowiliśmy udać się na drobne zakupy. Sasuche
zamierzała kupić apaszkę i choć zajęło jej to dobrą godzinę, ja jako dżentelmen
zniosłem to cierpliwie, podziwiając bujną roślinność. Apaszka była niebieska.
Wszystkie, które oglądała takie były. Właściwie, to wszystkie były takie same,
ale Sasuche jako rasowa kobitka kręciła swoim słodkim noskiem niezadowolona.
Wybrzydzać, to ona umiała jak nikt.
Uchiha, starając się nie zgrzytać
zębami, zaczął czytać losowe zdania.
– Sasuche udawała niedostępną. Widziałem, jak na mnie patrzy i jak z
trudem powstrzymuje się, by nie wskoczyć mi do łóżka. Kiedy atmosfera między
nami sięgnęła zenitu, ona zablokowała mnie na facebooku.
Nigdy się do tego nie przyznała, ale szalała za mną. W pracy Sasuche
często wyładowywała na mnie swoje frustracje seksualne. Kobiety są takie dziwne
– pomyślałem. Widziałem, jak twardnieją
jej sutki na mój widok, a jednak wciąż próbowała mi się oprzeć, zawalając mnie
robotą.
Była trudną kobietą. Dumną i chodną. Jednak ja nauczyłem się z niej
czytać jak z otwartej księgi. Za każdym razem, kiedy zwracała się do mnie
„młotku”, dawała mi do zrozumienia, jak bardzo jej się podobam i jak chętnie by
mi się oddała. Taka była Sasuche.
Naruto odchrząknął tylko i
dyplomatycznie postanowił się wycofać. Kiedy zrobił jeden krok w tył, Sasuke
zrobił jeden w przód. Kiedy Uzumaki zrobił następny, sytuacja się powtórzyła.
Jednak kiedy postanowił zmylić przeciwnika i ruszył do przodu, Uchiha wcale się
nie cofnął. A to cwaniaczek!
Nastąpiło jeszcze parę kroków w
lewo, prawo, na skos i do góry, aż w końcu Sasuke dopadł blondyna i
przygwoździł go do ściany. I kiedy już Uzumaki był pewien, że rozgryzł tego
drania i zaraz straci zęby, Uchiha zaczął go całować. No, i to nie byle jak
całować! Tak, że świat się kręcił, mózg przestawał pracować, temperatura wokół niebezpiecznie
wzrastała, a pewna część narutowego ciała postanowiła stwardnieć i dumnie
wypiąć się do przodu. I nie, nie była to pierś.
To był zdecydowanie najlepszy
podryw, jaki Naruto w swoim życiu wykonał. W sumie, to przy okazji ostatni,
ponieważ od tego czasu księciunio był tylko jego. I to podwójnie! Uzumaki
bowiem postanowił wydać swoją poruszającą opowieść i ku jego radości, tekst
spotkał się z pozytywnym przyjęciem jednego z wydawnictw (pewnie tego przekupionego
przez Uchihę). Zanim jednak tekst trafił do druku, Uchiha trochę w nim
pozmieniał (a raczej wywalił najbardziej żenujące momenty i zmienił imię
bohaterki) i zajął się wstępną korektą, by przypadkiem żaden redaktor nie padł na
zawał przy wstępnym czytaniu.
Seria została przyjęta bardzo entuzjastycznie.
Tylko ci wredni krytycy pojechali po całości, czepiając się dosłownie
wszystkiego. Od jednorożca na okładce, przez fabułę, aż po… no, całą resztę. Jednak
kto by tam się przejmował zdaniem takich ludzi! Widać było na pierwszy rzut
oka, że zazdroszczą albo zupełnie się nie znają (albo Uchiha zapomniał o
łapówce).
– Jak ja mam cię niby
zainspirować? – spytał Sasuke, kątem oka zerkając na ekran telewizora.
– Nie wiem, rozbierz się, czy
coś.
Uchiha prychnął.
– Może zamiast tego coś ci po
prostu opowiem. A właściwie, to uświadomię. – Sasuke przysiadł na rogu kanapy,
odwracając głowę w kierunku telewizora. Właśnie prawie padł gol. – Pamiętasz
okoliczności, w których się poznaliśmy?
Naruto pokiwał tylko głową.
Jednak ze względu na to, że uchihowe oczy były wlepione w ekran, brunet nie
miał szans tego zauważyć.
– Pamiętasz?
– Noooo…
– Kiedy zacząłeś mnie
prześladować na facebooku, skontaktowałem się z kolegą, który organizował tę
imprezę i okazało się, że wcale cię nie zna. Powiedział mi, że cię zauważył i
nawet chciał spytać, co tu robisz, ale kiedy zauważył, że przez cały wieczór
rozmawiałeś ze mną, założył, że jesteś moim partnerem.
– W sensie, że myślał, że ze sobą
chodzimy? – spytał niezbyt mądrze Naruto. – I co to w ogóle znaczy, że mnie nie
znał? To po co mnie zapraszał?!
O rany. Sasuke omal nie walnął
się otwartą dłonią w czoło. Kolor włosów jednak do czegoś zobowiązywał.
– Matole, ty się po prostu tam
wprosiłeś.
– Pierdolisz! To skąd ja się tam
wziąłem?!
Sasuke z ulgą przyjął fakt, że
pierwsza połowa meczu dobiegła końca. Jeśli załatwi to szybko, to może będzie
mógł chociaż drugą obejrzeć w spokoju. Podniósł się z kanapy i spojrzał na
Uzumakiego.
– Naruto, może już czas wziąć
sprawy w swoje ręce i przestać wzorować na naszej prywatności. Zajrzyj w głąb
siebie i poszukaj odpowiedzi. To, co dalej zrobisz z tą historią, zależy już
wyłącznie od ciebie.
Uzumaki spojrzał mu głęboko w oczy.
Przez chwilę utrzymywali kontakt wzrokowy. W końcu Naruto uśmiechnął się
delikatnie. W jego oczach błysnęło zrozumienie. Sasuke odwzajemnił uśmiech.
– Tak, tak zrobię.
Pół roku później, Naruto wydał
kolejną książkę. Potem następną i jeszcze jedną. Sasuke zaś odetchnął z ulgą. W
końcu mógł w spokoju obejrzeć mecz. Właściwie, to dopiero teraz mógł czuć się
zupełnie swobodnie, pewien, że Naruto nie sparodiuje jego zachowania. No, żyć
nie umierać!
Hej, kochana.
OdpowiedzUsuńZacznę od tego, że wiem, o czym piszesz. Mam na myśli to, że nagle siadasz i piszesz, bez ładu i składu, a wychodzi Ci coś całkiem niezłego ;) ja tak z miałam z "Sześć lat to za mało" i "Rok za dużo". Napisałam je pod wpływem chwili, a Czytelnicy je pokochali. Podobnie było z tekstem, który uznałaś za perełkę pamiętasz? ;)
I byłam równie odprężona i zadowolona z siebie, co i Ty.
A przechodząc do tekstu.. Podobało mi się prawie wszystko, poza zakończeniem. Spartoliłaś je, moim zdaniem, moja droga. ;) To, co powiedział Uchiha być może i pasowało do niego, ale spodziewałam się czegoś innego. Na pewno nie tego, że Sasuke będzie mówił Naruto o zostawieniu ich życia prywatnego. Miałam cichą nadzieję, że go jednak w jakiś bardzo... hm, ciekawy sposób zainspiruję. Ok, jestem zboczuchem, wiem ;p
Choć opisywane dość chaotycznie, trzyma się. Ma sens, i w ogóle. Coś lekkiego, co z uśmiechem się czytało. Na pewno wrócę jeszcze do tego teksu ;)
Pozdrawiam i życzę wszystkiego dobrego.
P.S. Próbowałam odpisać na maila, ale moja aspołeczność wygrała. Nie mam w ogóle weny i tak jakoś, choć szczerze mówiąc, ciekawi mnie, co tam u Ciebie.
A tak nawiasem, rozbroiły mnie cytaty z książki Uzumakiego. Dawno się tak nie śmiałam ;d częściej pisz takie taksty ;p
UsuńHaha ja to bym bardziej nazwała "Historia o kapryśnej wenie"
OdpowiedzUsuńOgólnie mega to wyszło. Bardzo przyjemnie się czytało. Oby więcej takich notek.
Weny życzę i spadam, bo jest za gorąco żeby klepać w fona. Wybacz :)
Nie wiem, jak ty to robisz, że śmiałam się nawet z paprotki? Tak czy inaczej bardzo przyjemna odskocznia od samotnego i szarego świata bólu Sasuke z „Nie potrzeba tragedii albo wojny, żeby zrobić zawirowanie w życiu człowieka. Wystarczą wspomnienia.” Może też spróbuję kogoś poderwać na harlequina? :)
OdpowiedzUsuńHej,
OdpowiedzUsuńrewelacja, te cytaty z książki Naruto boskie, wprosił się na imprezę…
Multum weny życzę…
Pozdrawiam serdecznie Basia